Lapidarium polish version RSS

Amira's favorite quotes & notes

"Everything you can imagine is real."— Pablo Picasso

Homepage
Lapidarium english
Lapidarium notes
A Box Of Stories

Tags:
Twitter

Contact

Archive

Aug
1st
Mon
permalink

Gra w bodźce - rozmowa z noblistą, prof. Robertem Aumannem, o grach społecznych

Wszystko, co się dzieje na świecie, jest grą. Od ewolucji po wojny. W tym sensie tylko gry zmieniają świat. Ale skoro pan już tak zaczyna, to ja muszę powiedzieć, że to nie ma nic wspólnego z cynizmem. Świat nie jest tylko grą w potocznym znaczeniu. Najlepszy dowód, jak mało z tego, co wiemy o mechanizmach gier, znajduje zastosowanie w praktyce. (…) Zawsze wiele różnych gier toczy się jednocześnie. Bo to, co w jednej grze, którą prowadzimy, jest racjonalne w sposób oczywisty i naukowo pewny, w innej może nam poważnie zaszkodzić. Często od gry, która się teraz odbywa, ważniejsze wydają nam się gry, które mają się dopiero odbyć.

Q: Czyli pańskie ulubione gry wielokrotne.

O, właśnie. One są ulubione dlatego, że bardziej przypominają nasze prawdziwe życie. Bo w życiu żadna gra nie kończy się ostatecznie. Każda gra, w jakiej bierzemy udział, ma jakiś wpływ na następną. To zmienia jej przebieg, sens, a często też faktyczny wynik. (…)

Ludzie, którzy nie rozumieją znaczenia tej nieskończonej wielokrotności gier, z której składa się życie, popełniają katastrofalne błędy. (…)

Po prostu nie rozumieją, o co gra się toczy. Altruizm w jakiejś pojedynczej grze może robić wrażenie postawy naiwnej, ale w serii gier powtórzonych może przynieść więcej korzyści niż egoizm. Zemsta może się wydawać absurdem, nieracjonalnością, zbędnym okrucieństwem, ale w grze powtórzonej może nas zabezpieczyć przed poważnymi stratami. Ludzie słusznie często reagują nieproporcjonalnie do tego, co się stało, bo ich reakcje są proporcjonalne do tego, co mogłoby się stać, gdyby jakieś zdarzenie miało się powtarzać. Podobnie często w jednej grze z czegoś rezygnujemy, żeby w innej grze uniknąć problemów. (…)

Q: Czyli polityka mogłaby być dużo bardziej racjonalna, więc też bardziej skuteczna, gdyby politycy znaleźli w sobie wolę i odwagę, by stać się belframi edukującymi wyborców – na przykład w teorii gier.

Teoretycznie. Tylko co jakiemuś politykowi z tego, że wygra uzyskując wyższe kwoty w przetargu, skoro ludzie tego nie zrozumieją i przegra wybory? Wie pan, byłem kiedyś na tym słynnym spotkaniu Jamesa Tobina, wielkiego ekonomisty i laureata ekonomicznego Nobla, ze studentami uniwersytetu Yale, kiedy poproszono go, żeby jednym słowem powiedział, czym się zajmują nauki ekonomiczne. Ekonomia była już rozległą nauką społeczną, sięgającą od psychologii po wysoką matematykę, więc zadanie wydawało się beznadziejnie trudne. A Tobin chwilę pomyślał i powiedział: Bodźcami.

Od razu zrozumiałem, że trafił w samo sedno. Ekonomia jest nauką o bodźcach, którymi kierują się ludzie, podejmując decyzje rynkowe. Teoria gier, którą zajmuję się prawie od początku mojej pracy naukowej, też się zajmuje bodźcami. Często się uważa, że teoria gier jest częścią ekonomii. Ja bym powiedział na odwrót. Ekonomia jest częścią teorii gier. Inną jej częścią są stosunki międzynarodowe, psychologia, socjologia, biologia, nauki polityczne. Polityka także jest sztuką posługiwania się rozmaitymi bodźcami w celu osiągnięcia zamierzonego celu.

Odpowiedź na pańskie pytanie zależy więc od tego, czy możemy sobie wyobrazić bodźce, które by skłoniły polityków do podjęcia takiej nauczycielskiej misji. Moim zdaniem takich bodźców nie ma i w szerszej skali trudno je sobie wyobrazić. Dlatego politycy nie interesują się teoriami. Nie wierzą, że teoria ich zbawi. (…)

Q: Ale sam pan pisał o seminariach z teorii gier w Princeton z udziałem Henry’ego Kissingera.

Wtedy Kissinger był jeszcze głównie naukowcem. Ale w latach 50. i 60. wielu polityków interesowało się teorią gier. Za prezydentury Trumana Tom Schelling, który razem ze mną dostał Nobla, pracował w Białym Domu. Potem on i wielu innych twórców teorii gier współpracowało z prezydentem Kennedym, który szukał teoretycznego klucza do przełamania pata w stosunkach z Sowietami.

Q: I znalazł?

Nie wydaje mi się. Z tego, że Pentagon, CIA, Biały Dom szukały w teorii gier odpowiedzi na potwornie trudne dylematy zimnej wojny, nie wynika, że mógł być natychmiastowy pożytek. Nawet gdyby takie odpowiedzi zostały znalezione, na przykład przez Johna Nasha. Ale z drugiej strony w okresie kryzysu kubańskiego Kennedy zaczął prowadzić politykę wykorzystującą odkrycia teorii gier wielokrotnych. Taką grą był przecież zaczęty wtedy proces rozbrojeniowy, krok po kroku budujący zaufanie między mocarstwami. Tylko że pewnie nigdy się nie dowiemy, ile w tym było intuicji, ile konieczności wynikającej z tego, że wojna atomowa to byłby koniec świata, a ile świadomie zaprojektowanej gry wielokrotnej. Myślę, że Kennedy kierował się czymś w rodzaju intuicji poinformowanego.

Q: Czyli?

Przecież takich rozgrywek jak globalna rywalizacja mocarstw, nawet przy dzisiejszej technice, nie da się precyzyjnie opisać w modelu matematycznym. Zbyt wiele jest niewiadomych i zbyt wiele czynników trzeba by uwzględnić. Ale znając teorię, rozumiejąc zasady, można wspomagać intuicję i spontaniczne myślenie. W tym sensie wiedza na pewno nie szkodzi, a Kennedy’emu zapewne pomogła. Zwłaszcza że Sowieci na szczęście byli w tej dziedzinie słabi. Chruszczow ani Breżniew nie mieli takiego zaplecza. Dlatego stosunkowo łatwo dali się wciągnąć w odprężenie, które było rodzajem zaprojektowanej w Waszyngtonie gry wielokrotnej. A kto projektuje grę, ten przecież robi to tak, żeby mu służyła.

Q: Czyli jednak to matematycy wygrali zimną wojnę?

Myślę, że pomogli. Uprawiając teorię gier jesteśmy jak entomolodzy, którzy studiują zachowania owadów. Entomolodzy nie mówią robakom, co mają robić, jak żyć, jak się skutecznie rozmnażać. A nawet gdyby im mówili, robaki nigdy ich nie posłuchają. Bo mają swój instynkt, swoje intuicje, społeczne nawyki. Politycy podobnie. Więc przeważnie nas nie pytają o zdanie. A nawet gdyby zapytali – jak Kennedy czy Kissinger – nie jest powiedziane, że będą się nas słuchali… Wie pan dlaczego?

Q: Bo nie zrozumieją?

Niech pan nie lekceważy polityków. To często są inteligentni i wykształceni ludzie. Popełniamy błąd sądząc, że skoro podejmują szkodliwe decyzje albo skoro nie podejmują decyzji oczywiście ich krajom potrzebnych, to znaczy, że są głupi czy niedokształceni. Oni po prostu mają inne cele. Ich celem jest być wybranym. Żeby zostać wybranym, trzeba być rozumianym i akceptowanym. A to, czego dowiadujemy się studiując teorię gier i uprawiając projektowanie gier (game engineering), jest zwykle przeciwne prostym, powszechnym intuicjom. Za czasów Kennedy’ego taką typową sytuacją była kwestia schronów atomowych, które Amerykanie masowo budowali w swoich domach. Sowietów to potwornie złościło, bo uważali, że czym lepiej zabezpieczeni przed skutkami wybuchu bomby atomowej poczują się Amerykanie, tym większe będzie ryzyko, że rząd USA zaatakuje Związek Radziecki. Kreml żądał więc zakazu budowy schronów w Ameryce. Kennedy, Schelling, Herman Khan doskonale rozumieli, że schrony mające zwiększyć bezpieczeństwo Amerykanów, zmniejszają je radykalnie. Bo im więcej schronów budowali Amerykanie, tym bardziej zagrożeni czuli się Sowieci i większe było ryzyko, że dokonają ataku prewencyjnego. Tylko że nic na to nie mogli poradzić: rząd nie miał prawa zakazać obywatelom budowania schronów. (…)

W sferze publicznej ludzie bardzo się boją zachowań niezgodnych z intuicją. A jeszcze bardziej boją się zachowań trudnych do wytłumaczenia.

Q: Ma pan jeszcze jakiś przykład?

Widział pan „Piękny umysł”?

Q: Widziałem.

Jest tam taka scena, w której kilku facetów gapi się na tę samą kobietę. To jest zrozumiałe, bo ona jest bardzo piękna. Zdecydowanie wyróżnia się na tle otoczenia. Każdy chce ją mieć dla siebie. Ale jeżeli wszyscy będą do tego dążyli, tylko jeden z nich może być szczęśliwy. Jak im wytłumaczyć, że najlepiej by było, gdyby wszyscy z niej zrezygnowali i zajęli się innymi kobietami? Bo wtedy może nikt nie byłby tak bardzo szczęśliwy, ale wszyscy mogliby być zadowoleni. (…)

Weźmy GPS, który – jak wiadomo – pokazuje naszą pozycję na mapie. Ale ludzie chcą większych udogodnień. Chcą widzieć nie tylko swoją pozycję, ale też najkrótszą możliwą drogę. Kiedy się nie zna miasta, jest to wielka pomoc. Tylko że to, co się wydaje pomocą, często okazuje się prawdziwym przekleństwem. Bo GPS wszystkim kierowcom radzi dokładnie to samo. A kiedy wszyscy wybierają te same optymalne trasy, gwałtownie rosną korki. W wielkich aglomeracjach GPS staje się wielkim problemem, bo eliminuje dość powszechne błędy w wyborze optymalnej trasy, kumuluje ruch i blokuje ulice.

Q: Techniczna doskonałość maszyny okazuje się mieć gorsze skutki niż ludzka niedoskonałość.

Ale wydaje się, że przy dzisiejszej wiedzy i technice można temu stosunkowo łatwo zaradzić, proponując poprzez GPS trasy omijające aktualne korki. W wielu miastach jest już taka usługa. Sęk w tym, że ona nie rozładowuje korków, tylko je jeszcze bardziej powiększa. Bo przecież GPS wszystkim pokazuje te same korki i proponuje te same objazdy. Co zatem robi rozsądny kierowca, kiedy GPS pokazuje korek i proponuje objazd? Jedzie dokładnie tam, gdzie mapa pokazuje korek. Zanim tam się znajdzie, wszyscy inni już wybiorą objazd. To jest skuteczny trick. Ale też do czasu. Bo ludzie dość szybko się zorientują, jak to działa, i wszyscy zaczną się tak zachowywać, co znaczy, że znów będą korki tam, gdzie GPS pokazuje korki, i zrobi się luźno tam, gdzie GPS pokazuje objazd.

Q: Czyli sytuacja jest właściwie beznadziejna.

Ale teoria gier ma tu rozwiązanie. Nazywamy je strategią mieszaną. Krótko mówiąc, GPS może jednym sugerować jedną trasę, a drugim inną. Wtedy uniknie się korków. To jest wariant odkrycia Johna Nasha. (…)

Q: Czyli tak czy inaczej w powietrzu znów wisi konflikt.

Teoria gier jest w dużym stopniu nauką o konfliktach. I też ma do zaoferowania kilka dobrych metod ich rozwiązywania, które – gdyby były politycznie do zaakceptowania, czyli gdyby odpowiadały powszechnej intuicji – mogłyby bardzo pomóc w wychodzeniu z wielu trudnych sytuacji. Zwłaszcza konfliktów społecznych.

Q: Jakie to metody?

Na przykład tzw. arbitraż oferty ostatecznej. Niech pan sobie wyobrazi, że związki zawodowe domagają się wysokiej podwyżki, a pracodawcy gotowi są zgodzić się tylko na niewielką. W powietrzu wisi strajk. Co się wówczas dzieje? Zazwyczaj jedni i drudzy siadają do negocjacji, żeby wypracować kompromis. Brzmi to pięknie. Ale zastanówmy się, jaki jest mechanizm kompromisu, a bardziej konkretnie, jakie bodźce generuje proces szukania kompromisu? Podstawowy bodziec jest taki, żeby eskalować żądania. W procesie szukania kompromisu pracodawcy oferują zwykle znacznie mniej, niż mogą zapłacić, a pracownicy żądają więcej, niż im rzeczywiście potrzeba. A czym większa rozbieżność i czym większe emocje, tym trudniej o kompromis. Gdy rozbieżność jest znaczna, zwykle nie dochodzi do porozumienia, a jeśli do niego dochodzi, przynajmniej jedna strona czuje się przegrana.

Q: Dlatego przydaje się arbitraż, który pomaga osiągnąć rozsądny kompromis?

Prawdziwy kompromis jest niezwykle trudny, bo w trakcie negocjacji jedni i drudzy się boją, że nawet jeżeli oni ustąpią, to druga strona będzie trwała przy swoim. Więc zwykle dochodzi do strajku i ten, czyje straty są większe, lub ten, kto ma większe pole manewru, wreszcie ustępuje. Ale niech pan sobie wyobrazi, że rezygnujemy z kompromisu, że wyrzucamy do śmieci technikę negocjacji i zastępujemy ją arbitrażem. Obie strony wybierają arbitra, który ma podjąć decyzję, a związki i pracodawcy zobowiązują się do jej respektowania.

Q: Wtedy nie ma groźby strajku, ale zwykle zostają złe emocje i rozczarowanie.

I arbiter ma zwykle spory problem. Jeżeli obie strony go zaakceptowały, może oczywiście podjąć dowolną decyzję, ale zwykle chce, żeby jego decyzja była dla obu stron do przełknięcia, bo tylko wtedy konflikt zostanie trwale zażegnany. Musi więc znaleźć taki punkt równowagi, który da pracownikom satysfakcję z pracy i nie zagrozi sytuacji finansowej firmy. Inaczej przedsiębiorstwa popadną w kłopoty albo związki wkrótce znów upomną się o podwyżki. Sęk w tym, że taki złoty środek jest bardzo trudno znaleźć, bo obie strony konfliktu płacowego prowadzą grę pozorów.

Q: Czyli arbiter musi ustalić, jak sytuacja wygląda naprawdę.

A tego zwykle ustalić się nie da. Dlatego teoria, a właściwie inżynieria gier proponuje jeszcze jedną zasadę. Zanim arbiter podejmie decyzję, obie strony muszą przedstawić mu swoje ostateczne oferty. Zamiast negocjować i, frustrując się, krok po kroku iść na kolejne ustępstwa, od razu wraz z pełnomocnictwem do ostatecznego ustalenia wysokości podwyżki przekazują mu informację, o ile gotowe są ustąpić ze swoich pierwotnych stanowisk. Pracodawca określa maksymalną możliwą podwyżkę, a pracownicy definiują minimum swoich oczekiwań. Uprawnienia arbitra ogranicza się zaś do wybrania jednej z tych dwóch ofert. W ten sposób zmienia się bodźce, którym podlegają obie strony konfliktu. Bo poza interesami polegającymi na tym, że jedni chcą dać jak najmniej, a drudzy chcą dostać jak najwięcej, pojawia się trzeci bodziec – przekonanie arbitra o swojej dobrej woli.

Q: W czasie każdego poważnego konfliktu taką rolę gra opinia publiczna.

Ale tylko częściowo. Bo opinia publiczna nie jest w stanie ocenić racjonalności stanowisk negocjacyjnych. A uczciwy i kompetentny arbiter, znający ostateczne oferty, może wyrobić sobie zdanie co do tego, która strona szuka porozumienia, a która tylko jednostronnych korzyści. Poza tym opinia publiczna z natury oczekuje kompromisu, a w tym przypadku arbiter musi wybrać jedną z dwóch otrzymanych ofert. Nie może negocjować, szukać złotego środka ani ustalać poziomu równowagi. Musi wybrać, która propozycja jest bardziej uczciwa, i zarządzić wprowadzenie jej w życie.

Q: Czyli zwycięzca bierze wszystko, a pokonany wszystko traci.

Pozornie. Bo uruchamia się inny system bodźców. Zaleta arbitrażu ostatecznej oferty polega właśnie na tym, że strony konfliktu, stojąc w obliczu ostateczności decyzji arbitra, starają się przekonać go o swojej skłonności do kompromisu. Bodźce do maksymalizacji korzyści zostają osłabione, a pojawiają się bodźce do maksymalnego wyjścia naprzeciw drugiej stronie. Zwykle obie strony przedstawiają więc oferty znacząco bliższe drugiej stronie niż w toku zwykłych negocjacji, a w dużej części przypadków pracownicy zażądają mniej, niż pracodawcy im zaoferują. Często konflikt społeczny zostaje więc rozwiązany w taki sposób, że obie strony czują się wygrane. Tylko że to też się jakoś społecznie nie przyjmuje.

Q: Dlatego, że ludzie nie wierzą w bezstronność arbitra?

Przede wszystkim dlatego, że taka metoda nie daje stronom szansy uwiarygodnienia się w swoim zapleczu. Związkowcy nie mogą pokazać pracownikom, jak bohatersko walczą o ich płace, a menedżerowie nie mogą pokazać akcjonariuszom, jak twardo walczą o ich zyski. To, co jest racjonalne z punktu widzenia stron społecznego lub politycznego konfliktu, nie musi być racjonalne z punktu widzenia ich reprezentantów. W społecznej praktyce często zdarza się tak, że nawet jeżeli porozumienie jest w interesie obu stron konfliktu, to silniejsze są bodźce, żeby się nie porozumiewać. Dlatego kiedy się analizuje jakąś sytuację, trzeba zwracać uwagę nie tylko na interesy, ale też na bodźce. One są często silniejsze od interesów. (…)

Za pomocą arbitrażu ostatecznej oferty ustalane są na przykład płace zawodników futbolu amerykańskiego. (…)

Kiedy w końcu lat 50. przyjechałem do Izraela, dość szybko zgłosiło się do mnie kilku dżentelmenów, którzy przedstawili się jako wojskowi agenci i zażądali, żebym im pomógł rozwiązać jakieś gry taktyczne. Nie miałem jeszcze obywatelstwa, więc nie mogli po prostu wziąć mnie do wojska. Ale się zgodziłem. Postawiłem tylko jeden warunek: 100 dolarów dziennie. Wtedy 100 dolarów to było pewnie tyle, co teraz tysiąc lub dwa tysiące. I oni się rozmyślili. Ale nie żałowałem. A wie pan, dlaczego tyle zażądałem? Żeby sprawdzić, czy oni rzeczywiście szukają u mnie rozwiązania. Wie pan, dlaczego oni się nie zgodzili? Bo nie mieli zamiaru potraktować moich rad poważnie. Wie pan, skąd to wiem? Stąd, że problem, który miałem rozwiązać, był wart miliony ówczesnych dolarów. Prosty bodziec pozwolił mi sprawdzić, na ile poważnie traktują moją pracę. A ważne, że nie zmarnowałem czasu, bo rozumiałem, że to, co się daje za darmo, inni traktują jako nic niewarte. Nie chciałem, żeby moja praca była tak traktowana. (…)

Q: To jest zastanawiające. Bo konflikt bliskowschodni jest, obok zimnej wojny, najpoważniejszym i najbardziej złożonym konfliktem od II wojny światowej.

I właśnie dlatego trudno by go było podporządkować zasadom teorii gier. Przecież nawet nie jesteśmy w stanie określić możliwych alternatyw. Nawet jednak jeżeli teoria gier zwykle nie potrafi definitywnie rozwiązać złożonych konfliktów politycznych, to zawsze może być użyteczna w kreowaniu odpowiednich bodźców. W konflikcie bliskowschodnim zasadniczy błąd polega w dużej mierze na tym, że my od dawna kreujemy złe bodźce. Nie trzeba mieć Nagrody Nobla, żeby rozumieć, że jak się chce pokoju, trzeba być gotowym na wojnę. I my to rozumiemy, ale tylko częściowo. Mamy samoloty i czołgi, ale tak bardzo chcemy pokoju i spokoju, że wciąż prowadzimy wojnę, której nie chcemy. Problem jest w naszych głowach. Trudno jest wygrać wojnę, kiedy za bardzo chce się pokoju. W teorii gier bada się złożone interakcje, które często – jak w tym przypadku – prowadzą do efektów paradoksalnych, czyli dokładnie przeciwnych niż oczekiwane. Teoretycznie to się da opisać. Ale rozwiązać to społecznie czy politycznie jest trudno. Natomiast są takie problemy w Izraelu i wielu innych krajach, które dałoby się rozwiązać, gdyby politycy chcieli nas pytać o radę. (…)

Q: Czyli problemem jest nie tyle skonstruowanie systemu prawidłowo działających bodźców, co skonstruowanie bodźców do wdrożenia systemu sensownych bodźców. W gruncie rzeczy opowiada pan niezwykle pesymistyczną historię. Świat mógłby być dużo lepszy, gdyby nie to, że zbyt wiele osób chce, żeby był gorszy.

Talmud mówi: „Módlmy się za sprawiedliwe rządy, bo bez ich opieki jeden człowiek będzie żywcem połykał drugiego”. Tak świat jest zbudowany. Tego się nie zmieni. To nie jest przyjemne, ale nie zgadzam się z panem, że to jest pesymistyczne. Mnie się to wydaje w gruncie rzeczy bardzo optymistyczne. Bo zawsze można liczyć, że jak się postaramy, to jednak rządy będą lepsze.”

Robert Aumann, izraelski matematyk i członek Amerykańskiej Akademii Nauk, laureat Nagroda Nobla w Ekonomii, w rozmowie z Jackiem Żakowskim, Gra w bodźce, Polityka, 17 czerwca 2008