Dec
7th
Tue
7th
Tiziano Terzani o wpływie cywilizacji zachodu na kraje Azji
“Wielki, starodawny świat różnic chyli się ku upadkowi. Koniem trojańskim okazała się “modernizacja”.
Dla mnie to tragedia, że cały kontynent tak chętnie popełnia samobójstwo, nikt jednak o tym nie mówi, nikt przeciw temu nie protestuje, a już najmniej sami Azjaci. Dawniej, gdy Europejczycy walili w drzwi Azji, strzelając z kanonierek, wymuszając otwarcie portów, zaciekle walcząc o koncesje i kolonie, gdy żołnierze bez cienia szacunku łupili i podpalali Pałac Letni w Pekinie - Azjaci w ten czy inny sposób stawiali opór.
Wietnamczycy natychmiast podjęli wojnę wyzwoleńczą, ledwie tylko francuskie oddziały wylądowały na ich terytorium; walki - ze zmieniającymi się przeciwnikami trwały z górą sto lat i zakończyły się dopiero wraz z Upadkiem Sajgonu w roku 1975. Chińczycy prowadzili wojnę opiumową, a w końcu czasowi pozostawili ostateczne wyzwolenie kraju spod panowania mocniejszych militarnie terytoriów. (…)
Japonia z kolei zachowała się jak kameleon. Na zewnątrz przybrała wygląd zachodni, kopiując z Zachodu, co się dało - od mundurków uczniowskich po działa, od architektury dworców kolejowych po koncepcję państwa - od wewnątrz jednak stawała się coraz bardziej japońska, wpajając swoim mieszkańcom poczucie wyjątkowości.
Krajom Azji, jednemu po drugim, udawało się zrzucać kolonialne jarzmo i pokazywać drzwi ludziom Zachodu. Ten jednak zakrada się teraz przez okno i ostatecznie podbija Azję, zdobywając nie jej terytorium, lecz jej duszę. Czyni to bez określonego planu, bez politycznej woli, w procesie powolnego zatruwania, na któe nie wynaleziono żadnego antidotum, a trucizną jest pojęcie nowoczesności. Udało nam się przekonać Azjatów, że przetrwają tylko wtedy, jeśli będą nowocześni, a jedyną postacią nowoczesności jest nasza, zachodnia.
Prezentując siebie jako jedyny prawdziwy model ludzkiego postępu, Zachodowi udało się wytworzyć ogromny kompleks niższości u tych, którzy według jego miar nie są “nowocześni”; udało mu się zatem coś, czego nie osiągnęło nawet chrześcijaństwo! I oto teraz Azja odrzuca wszystko, co swojskie, aby przejmować wszystko, co zachodnie, czy to w oryginalnej postaci, czy też w formie lokalnych - japońskich, tajlandzkich czy singapurskich - imitacji.
Kopiowanie tego, co “nowe” i “zmodernizowane”, stało się obsesją, chorobą na którą nie ma ratunku. W Pekinie burzą ostatnio domy z podwórkami, w miejscowościach Azji Południowo-Wschodniej - w Indonezji czy Laosie - oznaką powodzenia staje się to, że rodzime materiały zastępuje się syntetykami. Znikają słomiane dachy, ich miejsce zajmują rdzewiejące blachy i mniejsza z tym, że w domu robi się gorąco jak w piekarniku, a w porze deszczowej owe dachy stają się bębnami, we wnętrzu których głuchną mieszkańcy.
Dzieje się dziś tak ze wszystkim, nawet z Chińczykami. Ongiś tak dumni z dziedzictwa kultury trwającej ponad cztery tysiące lat i przekonani o swojej wyższości nad całą resztą narodów, także i oni musieli skapitulować. Charakterystyczne, że zaczynają się wstydzić nawet jedzenia pałeczkami. Także oni zaczynają uważać, że bardziej elegancko jest trzymać w dłoniach nóż i widelec, że godniej się wygląda w garniturze i krawacie. W krawacie! Który wynaleźli Mongołowie, aby ciągnąć na nim jeńców przytroczonych do końskich kulbak!
Dzisiaj żadna już azjatycka kultura nie potrafi przeciwstawić się temu trendowi. Nie ma dziś zasad czy ideałów, które mogłyby rzucić wyzwanie “nowoczesności”. Rozwój stał się dogmatem; postęp za wszelką cenę stał się hasłem niedopuszczającym wyjątków. Niemożliwe stało się w Azji stawianie chociażby tylko pytań o sens tej drogi, o jej etyczność, o jej konsekwencje. Nie ma już teraz nawet jakiegoś ekwiwalentu hippisów, którzy czując, że z “postępem” jest coś nie w porządku, wołali: “Zatrzymać świat! Ja chcę wysiąść!”.
Problem jednak istnieje i jest to problem każdego z nas. Wszycy nieustannie powinniśmy pytać samych siebie czy to, co robimy, ulepsza i wzbogaca nasze życie. Albo może na skutek jakiejś monstrualnej deformacji wszyscy zatraciliśmy instynktowne poczucie, o co chodzi w życiu: a jest ono przede wszystkim sposobnością do szczęścia. Czy ludzie są szczęśliwsi dzisiaj, gdy cała rodzina rozmawia przy kolacji, czy też będą szczęśliwsi wtedy, gdy wieczory w milczeniu i ogłupieniu będą spędzać przed telewizorem? Dobrze wiem, że gdyby ich spytać, odpowiedzą, że lepiej siedzieć przed telewizorem. I właśnie dlatego chcę przynajmniej zobaczyć takie miejsca jak Kengtung, gdzie włada filozof - król, oświecony mnich, jakiś wizjoner, który poszuka pośredniej drogi między izolacją rozumianą jako stagnacja a otwartością rozumianą jako destrukcja, nie zaś przez generałów, którzy teraz mocno chwycili w dłonie ster przyszłości Birmy.
Jak na ironię to właśnie dyktatura ocaliła tożsamość Birmy, a teraz kraj, któremu tak długo udało się uniknąć epidemii chciwości, inna dyktatura niszczy i zamienia w obrzydliwą kopię Tajlandii. Czy Aung San Suu Kyi i jej demokratyczni zwolennicy byliby inni? Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie także i oni dążyliby za wszelką cenę to “rozwoju”. Także i oni, gdyby doszli do władzy, daliby ludziom tę wolność wyboru, która ostatecznie oznacza brak jakiegokolwiek wyboru. Wydaje się, że nikt ich nie może uchronić przed przyszłością.”
“Wielki, starodawny świat różnic chyli się ku upadkowi. Koniem trojańskim okazała się “modernizacja”.
Dla mnie to tragedia, że cały kontynent tak chętnie popełnia samobójstwo, nikt jednak o tym nie mówi, nikt przeciw temu nie protestuje, a już najmniej sami Azjaci. Dawniej, gdy Europejczycy walili w drzwi Azji, strzelając z kanonierek, wymuszając otwarcie portów, zaciekle walcząc o koncesje i kolonie, gdy żołnierze bez cienia szacunku łupili i podpalali Pałac Letni w Pekinie - Azjaci w ten czy inny sposób stawiali opór.
Wietnamczycy natychmiast podjęli wojnę wyzwoleńczą, ledwie tylko francuskie oddziały wylądowały na ich terytorium; walki - ze zmieniającymi się przeciwnikami trwały z górą sto lat i zakończyły się dopiero wraz z Upadkiem Sajgonu w roku 1975. Chińczycy prowadzili wojnę opiumową, a w końcu czasowi pozostawili ostateczne wyzwolenie kraju spod panowania mocniejszych militarnie terytoriów. (…)
Japonia z kolei zachowała się jak kameleon. Na zewnątrz przybrała wygląd zachodni, kopiując z Zachodu, co się dało - od mundurków uczniowskich po działa, od architektury dworców kolejowych po koncepcję państwa - od wewnątrz jednak stawała się coraz bardziej japońska, wpajając swoim mieszkańcom poczucie wyjątkowości.
Krajom Azji, jednemu po drugim, udawało się zrzucać kolonialne jarzmo i pokazywać drzwi ludziom Zachodu. Ten jednak zakrada się teraz przez okno i ostatecznie podbija Azję, zdobywając nie jej terytorium, lecz jej duszę. Czyni to bez określonego planu, bez politycznej woli, w procesie powolnego zatruwania, na któe nie wynaleziono żadnego antidotum, a trucizną jest pojęcie nowoczesności. Udało nam się przekonać Azjatów, że przetrwają tylko wtedy, jeśli będą nowocześni, a jedyną postacią nowoczesności jest nasza, zachodnia.
Prezentując siebie jako jedyny prawdziwy model ludzkiego postępu, Zachodowi udało się wytworzyć ogromny kompleks niższości u tych, którzy według jego miar nie są “nowocześni”; udało mu się zatem coś, czego nie osiągnęło nawet chrześcijaństwo! I oto teraz Azja odrzuca wszystko, co swojskie, aby przejmować wszystko, co zachodnie, czy to w oryginalnej postaci, czy też w formie lokalnych - japońskich, tajlandzkich czy singapurskich - imitacji.
Kopiowanie tego, co “nowe” i “zmodernizowane”, stało się obsesją, chorobą na którą nie ma ratunku. W Pekinie burzą ostatnio domy z podwórkami, w miejscowościach Azji Południowo-Wschodniej - w Indonezji czy Laosie - oznaką powodzenia staje się to, że rodzime materiały zastępuje się syntetykami. Znikają słomiane dachy, ich miejsce zajmują rdzewiejące blachy i mniejsza z tym, że w domu robi się gorąco jak w piekarniku, a w porze deszczowej owe dachy stają się bębnami, we wnętrzu których głuchną mieszkańcy.
Dzieje się dziś tak ze wszystkim, nawet z Chińczykami. Ongiś tak dumni z dziedzictwa kultury trwającej ponad cztery tysiące lat i przekonani o swojej wyższości nad całą resztą narodów, także i oni musieli skapitulować. Charakterystyczne, że zaczynają się wstydzić nawet jedzenia pałeczkami. Także oni zaczynają uważać, że bardziej elegancko jest trzymać w dłoniach nóż i widelec, że godniej się wygląda w garniturze i krawacie. W krawacie! Który wynaleźli Mongołowie, aby ciągnąć na nim jeńców przytroczonych do końskich kulbak!
Dzisiaj żadna już azjatycka kultura nie potrafi przeciwstawić się temu trendowi. Nie ma dziś zasad czy ideałów, które mogłyby rzucić wyzwanie “nowoczesności”. Rozwój stał się dogmatem; postęp za wszelką cenę stał się hasłem niedopuszczającym wyjątków. Niemożliwe stało się w Azji stawianie chociażby tylko pytań o sens tej drogi, o jej etyczność, o jej konsekwencje. Nie ma już teraz nawet jakiegoś ekwiwalentu hippisów, którzy czując, że z “postępem” jest coś nie w porządku, wołali: “Zatrzymać świat! Ja chcę wysiąść!”.
Problem jednak istnieje i jest to problem każdego z nas. Wszycy nieustannie powinniśmy pytać samych siebie czy to, co robimy, ulepsza i wzbogaca nasze życie. Albo może na skutek jakiejś monstrualnej deformacji wszyscy zatraciliśmy instynktowne poczucie, o co chodzi w życiu: a jest ono przede wszystkim sposobnością do szczęścia. Czy ludzie są szczęśliwsi dzisiaj, gdy cała rodzina rozmawia przy kolacji, czy też będą szczęśliwsi wtedy, gdy wieczory w milczeniu i ogłupieniu będą spędzać przed telewizorem? Dobrze wiem, że gdyby ich spytać, odpowiedzą, że lepiej siedzieć przed telewizorem. I właśnie dlatego chcę przynajmniej zobaczyć takie miejsca jak Kengtung, gdzie włada filozof - król, oświecony mnich, jakiś wizjoner, który poszuka pośredniej drogi między izolacją rozumianą jako stagnacja a otwartością rozumianą jako destrukcja, nie zaś przez generałów, którzy teraz mocno chwycili w dłonie ster przyszłości Birmy.
Jak na ironię to właśnie dyktatura ocaliła tożsamość Birmy, a teraz kraj, któremu tak długo udało się uniknąć epidemii chciwości, inna dyktatura niszczy i zamienia w obrzydliwą kopię Tajlandii. Czy Aung San Suu Kyi i jej demokratyczni zwolennicy byliby inni? Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie także i oni dążyliby za wszelką cenę to “rozwoju”. Także i oni, gdyby doszli do władzy, daliby ludziom tę wolność wyboru, która ostatecznie oznacza brak jakiegokolwiek wyboru. Wydaje się, że nikt ich nie może uchronić przed przyszłością.”
— Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita (Un indovino mi disse), Zysk i S-ka, Poznań 2008, s.64-65.