Lapidarium polish version RSS

Amira's favorite quotes & notes

"Everything you can imagine is real."— Pablo Picasso

Homepage
Lapidarium english
Lapidarium notes
A Box Of Stories

Tags:
Twitter

Contact

Archive

May
15th
Tue
permalink
“Co piszę?” — mnie pytałeś — oto list ten piszę do Ciebie —
Zaś nie powiedz, iż drobną szlę Ci dań — tylko poezję!
Tę, która bez złota uboga jest — lecz złoto bez niej,
Powiadam Ci, zaprawdę, jest nędzą-nędz…
Zniknie i przepełźnie obfitość rozmaita,
Skarby i siły przewieją — ogóły całe zadrżą,
Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
Dwie tylko: poezja i dobroć… i więcej nic…
Umiejętność nawet bez dwóch onych zblednieje w papier,
Tak niebłahą są dwójcą te siostry dwie!…”
Cyprian Kamil Norwid, polski poeta, prozaik, dramatopisarz, eseista, grafik, rzeźbiarz, malarz i filozof (1821-1883), Do Bronisława Z., 1879
Jan
8th
Sun
permalink
“Wyrzeźbić twarz w marmurze to tyle, co usunąć z bryły wszystko, co nie jest twarzą.”
Antoni Czechow, rosyjski nowelista i dramatopisarz (1860-1904) cited in Ryszard Kapuściński, Lapidarium
Dec
18th
Sun
permalink

Václav Havel: To była rewolucja artystów

      

“Często podczas tych rozmów mówiłem, że w warunkach totalitarnych szalenie trudno zajrzeć w głąb społeczeństwa, które z zewnątrz wygląda jak lojalny wobec władzy monolit, ale ów monolit spaja głównie strach, więc w istocie może on być znacznie bardziej kruchy, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. I że nikt nie ma pojęcia, kiedy jakaś przypadkowa kula śniegowa może spowodować ogromną lawinę. Taka świadomość nie była co prawda jedynym czy głównym motorem naszych ówczesnych poczynań, ale jednak mieliśmy takie odczucia.

Nauka, jaka z tego płynie, jest oczywista: nigdy nie powinniśmy być pewni, że zrozumieliśmy wszelkie prawa historii i potrafimy bezbłędnie przewidywać, co nadejdzie. (…)

Przed 20 laty czechosłowacka kula śniegowa - jaką była listopadowa masakra studentów - zmieniła się w lawinę [17 listopada 1989 r. milicja brutalnie spacyfikowała demonstrację na praskim placu Wacława - ten dzień to początek aksamitnej rewolucji]. I nagle cały system totalitarny runął jak domek z kart.

Przyczyniło się do tego wiele elementów - od głębokiego kryzysu reżimu, poprzez wydarzenia w sąsiednich krajach, aż po sprzyjającą sytuację międzynarodową. Mimo to dziwiliśmy się, jak szybko i względnie łatwo wszystko poszło. Dziwili się nie tylko zachodni dziennikarze, ale i my sami. Nie spodziewaliśmy się, że zmiany nadejdą tak szybko.

Okazało się, że dysydenci nie byli wcale lepiej przygotowani niż zachodni dziennikarze i politologowie. My także nie potrafiliśmy właściwie ocenić sytuacji, nie widzieliśmy i nie rozumieliśmy ukrytych ruchów zarówno w sferze władzy, jak i w społeczeństwie, więc nie byliśmy w stanie przewidzieć ich skutków. Staraliśmy się zachowywać jak wolni ludzie, mówić prawdę i dawać świadectwo sytuacji w naszym kraju, ale nie pragnęliśmy władzy. W ogóle nie przyszło nam do głowy, że to właśnie my - uważający siebie najwyżej za rzeczników społeczeństwa - nagle otrzymamy całą władzę w państwie.

Przyjęliśmy ją onieśmieleni i zakłopotani, bo nie było innego wyjścia.

W tym momencie zdarzyła się ciekawa rzecz: wielu z tych, którzy przez całe lata się nie wychylali i w milczeniu podporządkowywali się reżimowi, a także tych, którzy nasze wcześniejsze wysiłki uważali za nieodpowiedzialne szaleństwo, teraz nagle zaczęło nas krytykować za to, że nie byliśmy gotowi. Pytali: dlaczego już od dawna nie macie napisanej nowej, demokratycznej konstytucji? Dlaczego nie dogadaliście się w sprawie nowej ordynacji wyborczej? Dlaczego jeszcze nie macie napisanych ustaw, w tym kluczowych, tworzących prawne ramy gigantycznej prywatyzacji, jaka czekała nasz kraj? Czemu nie macie przygotowanych programów różnych partii politycznych, niezbędnych, by mógł funkcjonować pluralistyczny system polityczny? (…)

Tak, dysydenci byli profesorami, malarzami, pisarzami czy palaczami w kotłowniach - tylko nie politykami. Bo skąd w warunkach totalitarnych miałaby się wziąć jakaś alternatywna ekipa polityków? A potem już tylko się dziwiliśmy, czym musimy się zajmować.

Mimo to sądzę, że to dobrze, że nie byliśmy przygotowani na historyczne przemiany, na ich przyśpieszone tempo. Kto jest zbyt dobrze przygotowany, ten z reguły budzi moje podejrzenia. (…)

Historii nie przyśpieszysz

Okazało się, że w ciągu kilku godzin czy dni absolutnie nie da się przemyśleć, przygotować i wprowadzić w życie wszystkich niezbędnych reform, że każdy projekt otwiera i musi otwierać przestrzeń do niekończących się debat, że trzeba przebrnąć przez góry przeciwstawnych argumentów, w skomplikowany sposób szukać niezbędnego poparcia, pokonać tysiące przeszkód, łącznie z tą najpoważniejszą: wciąż istniejącą demoralizacją społeczną, dla której odzyskana wolność i bezprecedensowa zmiana własności majątku stworzyły nowe okazje.

Przypominam sobie, jak w pierwszych miesiącach i latach mego prezydenckiego życia byłem wręcz chorobliwie niecierpliwy, jak bardzo się irytowałem, że niczego nie da się załatwić od ręki i wszystko trwa tak koszmarnie długo. To było dla mnie, a z pewnością nie tylko dla mnie, chyba największe zaskoczenie: że co prawda na historię można mieć jakiś wpływ, ale w żaden sposób nie da się jej przyśpieszyć. (…)
Ale wiem również to, o czym właściwie przez cały czas tu mówię: że cierpliwość się opłaca. Opłaciła się nam jako dysydentom, podobnie jak wtedy, gdy mozolnie budowaliśmy demokratyczne państwo. Wiadomo przecież, że trawnik nie wyrośnie w ciągu jednej nocy. Czasem to irytujące, ale wszystko ma swój czas.
Trwale podzielona Europa - to byłoby fatalne. W naszej części kontynentu mógłby rozplenić się nacjonalizm i jego gwardie, co dzieje się niemal wszędzie, gdzie teren jest niestabilny. Zachodowi i reszcie świata przysporzyłoby to z pewnością więcej kłopotów, niż ma obecnie z nami. W dodatku zaraza coraz bardziej by się rozprzestrzeniała. Więc cierpliwość ewidentnie ma sens.

Niecierpliwość może prowadzić do pychy, a pycha - powodować niecierpliwość. Przez pychę rozumiem butne przekonanie, że tylko ja wiem wszystko i tylko ja zrozumiałem historię, więc potrafię bezbłędnie przewidywać bieg wydarzeń. A jeśli toczą się one inaczej, niż przewidziałem, muszę interweniować. Choćby nawet przemocą.

Taki był przypadek komunizmu. Pewność siebie i pycha jego teoretyków i realizatorów prowadziła w końcu do Gułagu. A przecież na początku było przekonanie, że wreszcie wiemy, jak to jest, i dzięki temu potrafimy zbudować bardziej sprawiedliwy świat. Po co tracić czas na jakieś tłumaczenia? Ci, którzy potrafią i wiedzą jak, muszą natychmiast w interesie ludzkości stworzyć ten świat bez względu na to, co ludzkość o tym myśli. Dialog to strata czasu, a gdzie drwa rąbią…

Trzeba pokory

Kiedy upadła żelazna kurtyna i przestał istnieć dwubiegunowy podział świata - co do tej pory uważaliśmy za główne przyczyny wszelkiego zła - były to niewątpliwie wydarzenia historycznej wagi. Skończył się gwałt i odsunęło się niebezpieczeństwo wybuchu III wojny światowej. Niektórzy w pierwszych chwilach mogli nawet myśleć, że skończyła się historia i nastała jakaś piękna bezczasowość.

Ale był to tylko przejaw niezrozumienia tajemnic historii albo wyraz braku wyobraźni. Nie nadeszła żadna bezczasowość. Minęło co prawda kilka wielkich niebezpieczeństw, ale spod rozbitej, dwubiegunowej skorupy wyłoniło się wiele nowych, choć pozornie mniejszych zagrożeń. Lecz czy w epoce globalizacji któreś z zagrożeń można uznać za niewielkie?

Dawniej wojny światowe rodziły się w Europie, która przez długi czas była cywilizacyjnym centrum świata. Czy możemy mieć pewność, że stale tak musi być? Czy w czasach, gdy niemal każdy dyktator może zdobyć bombę atomową, nie jest możliwe, że jakiś poważniejszy konflikt regionalny przerodzi się w ogólnoświatowy? Czy dziś terroryści nie mają nieskończenie więcej możliwości, niż mieli kiedykolwiek wcześniej? (…) Czy nie rodzą się nowe pokolenia fanatyków, ludzi opętanych nienawiścią, którym nasze czasy pozwalają na skuteczniejsze działanie niż w przeszłości? Czy codziennie nie dokonujemy setek ingerencji w życie naszej planety mających dla niej katastrofalne i nieodwracalne skutki?

Wydaje mi się, że dziś chyba najważniejsze jest - a obserwacje czy osobiste doświadczenia ostatnich dziesięcioleci wciąż na nowo mnie w tym utwierdzają - zachowanie pełnego pokory stosunku do świata i szacunku wobec tego, co nas przerasta, a także uświadomienie sobie, że istnieją tajemnice, których nigdy nie pojmiemy. Powinniśmy sobie uświadomić, że co prawda musimy brać na siebie odpowiedzialność za świat, lecz nie możemy jej opierać na przekonaniu, że wiemy wszystko, a więc i to, jak to wszystko się skończy. W istocie nie wiemy niczego, choć nadziei nikt nas nie może pozbawić.

Zresztą życie, w którym w ogóle zabrakłoby niespodzianek, stałoby się chyba strasznie nudne.”
 
Václav Havel, czeski pisarz i dramaturg, aktywista, polityk, pierwszy prezydent Republiki Czeskiej, (1936-2011), Przemówienie wygłoszone 22 października br. z okazji wręczenia mu doktoratu honoris causa Instytutu Studiów Politycznych w Paryżu cited in Havel: To była rewolucja artystów, Gazeta Wyborcza, 16.11.2011 (Photo Vaclav Havel, ©2000 Eddie Adams)
Dec
2nd
Fri
permalink
“Przyjaźń jest najczystszą formą miłości.”
Marlene Dietrich, niemiecka aktorka i piosenkarka (1901-1992)
Sep
10th
Sat
permalink

Zygmunt Bauman: Zadanie Europy polega na przekazaniu wszystkim sztuki uczenia się wszystkich od wszystkich

                                       

Ge­or­ge Ste­i­ner prze­ko­nu­je, że głów­ne za­da­nie sto­ją­ce dziś przed Eu­ro­pą nie jest na­tu­ry mi­li­tar­nej czy gos­po­dar­czej, ale ma cha­rak­ter „du­cho­wy i in­te­lek­tu­al­ny”:

„Du­chem Eu­ro­py Wil­liam Bla­ke na­zwał­by »świę­tość naj­drob­niej­sze­go szcze­gó­łu«. To za spra­wą róż­no­rod­no­ści ję­zy­ko­wej, kul­tu­ro­wej i spo­łecz­nej tej nie­zwy­kłej mo­za­i­ki oka­zu­je się czę­sto, że nie­wiel­ka od­leg­łość, rzę­du dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów, dzie­li dwa kom­plet­nie róż­ne świa­ty… Eu­ro­pa zgi­nie, je­że­li nie po­dej­mie wal­ki o swo­je ję­zy­ki, lo­kal­ne tra­dy­cje i au­to­no­mię spo­łecz­ną. Je­że­li za­pom­ni, że »Bóg tkwi w szczegółach« [1].

Po­dob­ne roz­wa­ża­nia znaj­dzie­my w li­te­rac­kiej spu­ściź­nie Hansa-Georga Gadamera. Na pier­wszym miej­scu li­sty wy­jąt­ko­wych cnót Eu­ro­py sta­wia Ga­da­mer jej róż­no­rod­ność, bo­gac­two tkwią­ce w roz­rzut­no­ści. Ob­fi­tość róż­nic uwa­ża za naj­cen­niej­szy skarb, ja­ki Eu­ro­pie uda­ło się wy­ra­to­wać z po­żo­gi dzie­jów i ja­ki ma te­raz świa­tu do za­o­fe­ro­wa­nia.

Żyć z In­nym, żyć ja­ko In­ny dla In­ne­go, to fun­da­men­tal­ne za­da­nie czło­wie­ka – za­rów­no na naj­wyż­szych, jak i na naj­niż­szych po­zio­mach… Stąd być mo­że bie­rze się ta szcze­gól­na prze­wa­ga Eu­ro­py, któ­ra mog­ła i mu­sia­ła na­u­czyć się sztu­ki ży­cia z in­ny­mi [2].

Przyjaciele i sąsiedzi

W Eu­ro­pie, jak ni­gdzie in­dziej, In­ny za­wsze miesz­kał tuż-tuż, w za­się­gu wzro­ku i na wy­cią­gnię­cie rę­ki; me­ta­fo­rycz­nie z pew­no­ścią, bo za­wsze w za­się­gu du­cha – ale jak­że czę­sto do­słow­nie, cie­leś­nie. „In­ny” jest tu naj­bliż­szym są­sia­dem, a więc Eu­ro­pej­czy­cy mu­szą ne­go­cjo­wać wa­run­ki te­go są­siedz­twa po­mi­mo dzie­lą­cych ich od­mien­no­ści i róż­nic. Eu­ro­pej­ski kra­jo­braz na­ce­cho­wa­ny, jak po­wia­da Ga­da­mer, wie­lo­ję­zycz­no­ścią, bli­skim są­siedz­twem In­ne­go w moc­no ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni, moż­na uznać za pra­cow­nię ba­daw­czą czy szko­łę, z któ­rej resz­ta świa­ta mog­ła­by wy­nieść wie­dzę i umie­jęt­no­ści de­cy­du­ją­ce o prze­trwa­niu lub zgu­bie.

Nie spo­sób prze­ce­nić wa­gi te­go za­da­nia i de­ter­mi­na­cji, z ja­ką Eu­ro­pa win­na się go pod­jąć, sko­ro (by raz jesz­cze za Ga­da­me­rem po­wtó­rzyć) wa­run­kiem si­ne qua non de­cy­du­ją­cym o roz­wią­za­niu ży­wot­nych prob­le­mów współ­czes­ne­go świa­ta jest przy­jaźń i „po­god­na so­li­dar­ność”.

Po­dej­mu­jąc się te­go za­da­nia, mo­że­my i win­niś­my szu­kać na­tchnie­nia we wspól­nym dzie­dzic­twie eu­ro­pej­skim: dla sta­ro­żyt­nych Gre­ków sło­wo „przy­ja­ciel” wy­ra­ża­ło zda­niem Ga­da­me­ra „ca­łość ży­cia spo­łecz­ne­go”. Przy­ja­cie­le to lu­dzie zdol­ni i skłon­ni do życz­li­we­go się do sie­bie od­no­sze­nia nie­za­leż­nie od dzie­lą­cych ich róż­nic i do po­ma­ga­nia so­bie na­wza­jem z po­wo­du tych róż­nic; zdol­ni i skłon­ni do życz­li­wo­ści i uczyn­no­ści bez wy­rze­ka­nia się wy­jąt­ko­wo­ści – a jed­no­cześ­nie do nie­do­pusz­cza­nia, by ta wy­jąt­ko­wość od­da­li­ła ich od sie­bie lub zwró­ci­ła prze­ciw so­bie.

Fuzja horyzontów

Wy­ni­ka­ło­by z po­wyż­szych roz­wa­żań, że my wszy­scy, Eu­ro­pej­czy­cy, i to właś­nie dla­te­go że się tak od sie­bie na­wza­jem i na ty­le spo­so­bów róż­ni­my i wno­si­my w wia­nie do wspól­ne­go eu­ro­pej­skie­go do­mu ty­le róż­nych do­świad­czeń i ukształ­to­wa­nych przez nie form ży­cia, na­da­je­my się zna­ko­mi­cie do te­go, by stać się przy­ja­ciół­mi w ta­kim sen­sie, ja­ki na­da­wa­li przy­jaź­ni sta­ro­żyt­ni Gre­cy, pra­oj­co­wie Eu­ro­py: nie przez skła­da­nie w ofie­rze te­go, co na­szym ser­com dro­gie, ale ofe­ru­jąc je do za­kosz­to­wa­nia są­sia­dom bli­skim i da­le­kim, tak jak oni ofe­ru­ją nam, tak sa­mo szczo­drze, to, co dro­gie ich ser­com.

Ga­da­mer wska­zy­wał, że dro­ga do po­ro­zu­mie­nia co do praw­dy wie­dzie przez „fu­zję ho­ry­zon­tów”. Je­śli to, co każ­de zbio­ro­wi­sko ludz­kie uzna­je za praw­dę, jest osa­dem je­go zbio­ro­we­go do­świad­cze­nia, to ho­ry­zon­ty ogra­ni­cza­ją­ce po­la wi­dze­nia są też gra­ni­ca­mi zbio­ro­wi­sko­wych prawd.

Unia Eu­ro­pej­ska jest szan­są ta­kiej fu­zji. Jest wszak ona wspól­ną na­szą pra­cow­nią, w ja­kiej, wie­dząc o tym czy nie, i czy­niąc to z chę­cią al­bo i nie­chęt­nie, do­ko­nu­je­my spa­wa­nia gru­po­wych ho­ry­zon­tów, po­sze­rza­jąc przy tej oka­zji każ­dy z nich. Aby się in­ną niż Ga­da­me­ro­wa prze­noś­nią po­słu­żyć: z przy­nie­sio­nych do pra­cow­ni przez każ­de­go nas, a bar­dzo roz­ma­i­tych ga­tun­ków rud, wy­ta­pia­my wspól­nym wy­sił­kiem i gwo­li wspól­nej ko­rzy­ści krusz­ce war­to­ści, ide­a­łów i za­mia­rów, któ­re u każ­de­go z nas zna­leźć mo­gą upo­do­ba­nie, a i każ­de­mu z nas się przy­dać; jak do­brze pój­dzie, to mo­gą się na­szy­mi wspól­ny­mi war­to­ścia­mi, ide­a­ła­mi czy za­mia­ra­mi oka­zać. A tak już ja­koś się dzie­je, choć­by i bez na­szej wie­dzy, że w to­ku ca­łej tej pra­cy wzbo­ga­ca się i uszla­chet­nia każ­da z rud – co nie­chyb­nie prę­dzej czy póź­niej przy­jdzie nam stwier­dzić.

Mądrość ukryta pod językiem

Pra­ca to dłu­ga, pro­ces po­wol­ny i szyb­kich re­zul­ta­tów nie na­le­ża­ło­by się spo­dzie­wać. Ale pro­ces da­ło­by się przy­śpie­szyć, a re­zul­ta­ty przy­bli­żyć: a mia­no­wi­cie po­ma­ga­jąc ho­ry­zon­tom w ich fu­zji – świa­do­mie i kon­sek­wen­tnie. Nic tak bo­daj nie prze­szka­dza fu­zji ho­ry­zon­tów i nic jej tak nie spo­wal­nia jak odzie­dzi­czo­ne po bu­dow­ni­czych Wie­ży Ba­bel po­mie­sza­nie ję­zy­ków. Unia Eu­ro­pej­ska uzna­ła za swe „ofi­cjal­ne” aż 23 ję­zy­ki. Ale prze­cież w róż­nych kra­jach Unii lu­dzie czy­ta­ją też, pi­szą i my­ślą po ka­ta­loń­sku, ba­skij­sku, wa­lij­sku, bre­toń­sku, szkoc­ku (Ga­e­lic), ka­szub­sku, la­poń­sku, Ro­ma, w mnó­stwie pro­win­cjal­nych od­mian wło­skie­go (prze­pra­szam za nie­uch­ron­ne po­mi­nię­cia – wszyst­kich nie wy­mie­nisz…).

Ty­le się prze­cież w do­świad­cze­niach spi­sa­nych w nie­zro­zu­mia­łych dla nas na­rze­czach kry­je rów­nie przez to nam nie­do­stęp­nej ludz­kiej mą­dro­ści. Jed­ną z naj­i­stot­niej­szych, choć by­naj­mniej nie je­dy­nym skład­ni­kiem tej ukry­tej przed na­mi mą­dro­ści jest świa­do­mość te­go, jak za­dzi­wia­ją­co po­dob­ne są do sie­bie tro­ski, ma­rze­nia czy prze­ży­cia ro­dzi­ców i dzie­ci, mał­żon­ków i są­sia­dów, sze­fów i pod­wład­nych, „swo­ich” i „ob­cych”, przy­ja­ciół i wro­gów – bez wzglę­du na to, w ja­kim ję­zy­ku je spi­sa­no…

Ciś­nie się na myśl re­to­rycz­ne w grun­cie rze­czy py­ta­nie: ileż to wszy­scy zy­ska­li­byś­my mą­dro­ści, a na­sze współ­ży­cie uro­ku, na prze­zna­cze­niu czę­ści uni­j­nych fun­du­szy na fi­nan­so­wa­nie prze­kła­dów człon­kow­skie­go pi­sar­stwa… Prze­ko­na­ny je­stem oso­bi­ście, że by­ła­by to naj­lep­sza bo­daj in­we­sty­cja w przy­szłość Eu­ro­py i po­wo­dze­nie jej mi­sji.”

Zygmunt Bauman, polski socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu, Kultura w płynnych czasach, 2011, cytat za: Europejski Kongres Kultury, 2011 (Illustration source)

    1. G. Steiner, The Idea of Europe, Tilburg 2004, ss.32-34.
    2. Patrz: H.-G. Gadamer, Das Erbe Europas, Frankfurt 1998

See also:

Retransmission of Prof. Zygmunt Bauman’s Lecture at European Culture Congress, Sep 8, 2011, Wrocław, Poland (video)

permalink

Rozmowy z Isaakiem Bashevisem Singerem

                          
       Isaac Bashevis Singer, as it appears from a much larger mural painting in Flagstaff, Arizona.

Miejsce Izreala w historii

Nigdy nie zdarzyło się coś takiego, żeby naród został wygnany ze swojego kraju i nie utracił swej tożsamości. Zazwyczaj, kiedy ludzie są wygnani lub gdy po prostu emigrują, w drugim czy trzecim pokoleniu asymilują się w nowym otoczeniu. Do Ameryki przybyły miliony Niemców, którzy stali się “prawdziwymi” Amerykanami. Jedynym dowodem, że byli Niemcami, są ich nazwiska. Zapomnieli języka niemieckiego. Żydzi żyli na wygnaniu przez dwa tysiące lat, mieszkali w setkach krajów, mówili wieloma językami, a mimo to zachowali swoją starą mowę, czyli hebrajski, aramejski, a potem jidysz. Przechowali swoje księgi, nie odeszli od wiary. A po dwóch tysiącach lat, wracają do Izraela. Jest to przypadek tak wyjątkowy w historii ludzkości, że gdyby się nie zdarzył, nikt nie uwierzyłby, że to możliwe. Gdyby ktoś napisał opowieść o takim narodzie, krytycy uznaliby ją za fantazję. To sprawia, że historia narodu żydowskiego jest wyjątkowa.

Ta zdolność bycia mniejszością, w dodatku prześladowaną, a jednocześnie zachowanie przez dwa tysiące lat własnej kultury przeczy wszelkim teoriom socjologicznym i psychologicznym dotyczącym narodów i zbiorowości. Z tego punktu widzenia syjonizm jest sprawą istotną. Ujawnia, że czasami zbiorowości potrafią dokonać rzeczy niezwykłych. Żydzi są wyjątkowym narodem - zadziwiające jest ich przywiązanie do własnej historii. Są nawet przywiązani do dziejów swojego wygnania. s. 53

Kult osobowości

“W młodości czytałem książki, ale nigdy nie zwracałem uwagi na autora. Nie obchodził mnie. Mając dwanaście lat czytałem Tołstoja, ale nie wiedziałem, że to Tołstoj. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, że czytam przekład. Co to ma za znaczenie? Interesowała mnie opowieść, a nie autor. Nie byłem w stanie zapamiętać nazwiska Dostojewskiego. Nie obchodziło mnie to, bo prawdziwy czytelnik, zwłaszcza młody, nigdy nie interesuje się autorem. Z kolei czytelnik akademicki nie zwraca uwagi na opowieść, interesuje go jedynie autor. Żyjemy w czasach, kiedy ludzi tak bardzo interesują się autorem, że treść książki staje się drugorzędna, a to bardzo niedobrze. (…)

Dobry czytelnik, prawdziwy czytelnik, zwłaszcza kiedy jest młody, nie interesuje się, kim był Tołstoj. Chce przeczytać książkę i to sprawia mu przyjemność. (…)

Dzieci są wspaniałe, bo to całkowicie niezależni czytelnicy. Dziecko nie przeczyta książki dlatego, że została napisana przez “wielkiego pisarza”, człowieka o dużym autorytecie. Fakt, że daną książkę napisał Szekspir, nie zrobi na dziecku wrażenia - ono przeczyta książkę i przekona się, czy mu się podoba czy nie. Krytyka literacka nie obchodzi dziecka. Nie można mu powiedzieć: “To jest wspaniała książka, bo tak stwierdził ten czy inny krytyk”. Dziecka nie obchodzą krytycy, bo ono samo jest krytykiem. Nie przeczyta książki dlatego, że była szeroko reklamowana.

Dzieci są o wiele bardziej niezależnymi czytelnikami niż dorośli, dziecko znacznie trudniej oszukać niż dorosłego. Reasumując: Kiedy ludzie przestają interesować się sztuką, zaczynają w większym stopniu zajmować się artystą i odwrotnie. (…)

Proszę zauważyć, ile książek napisano o Hemingwayu. W dawnych czasach nie pisano tylu książek o pisarzach. Ludzi czytali ich książki i mówili, czy uważają je za dobre czy złe, i czy są dla nich ciekawe. Potem zaczęli się bardziej interesować Hemingwayem jako człowiekiem niż tym, co napisał. Jest wielu ludzi, którzy czytali książki o Hemingwayu, a nie czytali jego utworów; to samo dotyczy innych pisarzy i artystów.

Weźmy, na przykład, tego sławnego malarza z Paryża, który niedawno zmarł… twórcę współczesnej sztuki - Picassa. Kiedy ludzie kupują obraz, musi to być obraz Picassa. Interesuje ich nazwisko. Czasami sam obraz nie robi na kupującym wrażenia, ale istotne jest to, że został namalowany przez Picassa. To samo stało się przekleństwem literatury. Kiedy literatura i sztuka stają się jawnie “erudycyjne” i rozwijają kult osobowości, oznacza to, że zanika zainteresowanie sztuką, a artysta staje się rodzajem idola. (…)

Kiedy człowiek jest głodny, nie sprawdza biografii piekarza. (…)

Burgin: W gruncie rzeczy prawdziwi pisarze nie pisaliby, gdyby wiedzieli, że oni sami będą ważniejsi od swoich dzieł. Chcą zagubić się w swoich utworach, pragną, aby dzieło było ważniejsze niż oni sami. p.33-34

Kiedy ludzie idą na sztukę Pintera, są często bardziej zainteresowani Pinterem niż jego sztuką. Niekiedy jedyną zaletą sztuki jest to, że napisał ją Pinter. Gdyby im powiedzieć, że ta sztuka nie została napisana przez Pintera, tylko przez Smintera, natychmiast wyszliby z teatru. Kult znaku firmowego stał się tak potężny, że samo dzieło jest niemal bez wartości. (…) s.35

Błąd jest jedynie ludzką koncepcją

Według Spinozy we wszechświecie nie istnieją błędy, istnieją one tylko z punktu widzenia człowieka. Nie powiemy przecież, że zwierzę popełniło błąd. Błąd jest konceptem ludzkim. Z pewnością nie powiedzielibyśmy, że kamień popełnia błąd, kiedy spada na dach. Mówimy, że człowiek popełnia błąd, ponieważ zakładamy, iż ma wolną wolę. Wiara w wolną wolę jest imperatywem kategorycznym. Bez niego nie umiemy żyć. Można powtarzać do znudzenia, że nie istnieje, tak jak można powiedzieć, że nie istnieje grawitacja. Jednakże twierdząc, że grawitacja nie istnieje, nadal chodzimy po ziemi i nie unosimy się w niebo. Sam fakt, że mówimy o ludzkich błędach, jest dowodem na to, że wierzymy w wolną wolę człowieka. (…) s.70-71

Pojęcie wolnej woli

“Wolę wierzyć, że istnieje wolność wyboru, nawet jeśli nie mogę tego udowodnić. Dlatego przeprowadzam eksperymenty w tej dziedzinie. Czasami chcę przekonać się, na ile jestem wolny. Czy potrafię podjąć decyzję i działać zgodnie z nią, czy też nie? Przez całe życie podejmowałem, Bóg jeden wie, setki decyzji i nie działałem zgodnie z nimi.

Na przykład postanawiałem wstać o ósmej rano, a wstawałem o dziesiątej. W Warszawie niemal codziennie obiecywałem sobie, że nie będę tracił czasu na plotki w klubie pisarzy, po czym natychmiast szedłem ta i spędzałem wiele godzin na głupich pogaduszkach. Nawet teraz, gdy jestem stary, ciągle usiłuję podejmować jakieś decyzje i trzymać się ich, mając nieuzasadnioną nadzieję, że nie jest za późno i że pewnego dnia uda mi się. Nadzieja i idea wolnej woli to dwa pojęcia, których trudno się wyzbyć.

Prawdę mówiąc, od chwili gdy dorosłem, marnuję czas, ale jednak udało mi się wykonać trochę roboty. Mogę powiedzieć, że marnowanie czasu jest moją pasją numer dwa, a chorobą numer trzy jest poczucie winy z powodu marnowanego czasu. To poczucie winy jest dla mnie dowodem, że naprawdę wierzę w wolną wolę. (…) s.93

Uważam wolność wyboru za największy dar dla ludzkości, sądzę też, że ludzie nie robią z niego tak naprawdę użytku. Czasami chciałbym dobrze wykorzystać tę możliwość, a gdyby mi się udało, powiedziałbym ludziom, co zrobiłem i jak to wywalczyłem. (…) s. 138

Isaac Bashevis Singer, pisarz żydowski tworzący głównie w języku jidysz, dziennikarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1902-1991), Rozmowy z Isaakiem Bashevisem Singerem, (rozmawiał Richard Burgin), wyd. ATEXT Gdańsk 1992, (oryg. 1978)

permalink
“Uważam wolność wyboru za największy dar dla ludzkości, sądzę też, że ludzie nie robią z niego tak naprawdę użytku. Czasami chciałbym dobrze wykorzystać tę możliwość, a gdyby mi się udało, powiedziałbym ludziom co zrobiłem i jak to wywalczyłem.”
Isaac Bashevis Singer, pisarz żydowski tworzący głównie w języku jidysz, dziennikarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1902-1991), Rozmowy z Isaakiem Bashevisem Singerem, (rozmawiał Richard Burgin), wyd. ATEXT Gdańsk 1992, (oryg. 1978) s. 138.
permalink
“Kiedy ludzie przestają interesować się sztuką, zaczynają w większym stopniu zajmować się artystą i odwrotnie. (…)

Kult znaku firmowego stał się tak potężny, że samo dzieło jest niemal bez wartości.”
Isaac Bashevis Singer, pisarz żydowski tworzący głównie w języku jidysz, dziennikarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1902-1991), Rozmowy z Isaakiem Bashevisem Singerem, (rozmawiał Richard Burgin), wyd. ATEXT Gdańsk 1992, (oryg. 1978) s. 33, 35.
permalink

Wilhelm Heitmeyer: Strzeżmy się pogardy

                  

“W Anglii mamy do czynienia z silnie podzielonym społeczeństwem klasowym. Nie chodzi tylko o materialne warunki życia. Nie mniej ważna jest niesamowita pogarda, z jaką traktuje się najniższe warstwy. Niektóre grupy społeczne nie są przez elity i opinię publiczną w ogóle dostrzegane. Tymczasem upadek klasy robotniczej jest w dużej mierze efektem polityki i modelu brytyjskiego kapitalizmu. 

Kolejne rządy stawiały przede wszystkim na sektor finansowy, w przekonaniu, że to usługi bankowe są najlepszym motorem wzrostu gospodarczego. Tradycyjne, produkcyjne branże przemysłu całkowicie zaniedbano. A to właśnie w nich młodzi ludzie o niewysokich kwalifikacjach mogą znaleźć zatrudnienie, a przez to możliwości integracji i uznania w społeczeństwie. Procesy segregacji, gettoizacji i upadku norm, o których teraz tyle się mówi, mają w tym swoje źródło. Tym bardziej że przez wiele lat obcinano fundusze na edukację i pracę z młodzieżą. (…) To wszystko składa się na dezintegrację społeczną, generuje materiał wybuchowy. (…)

Dziesięć lat temu napisałem tekst analizujący zjawisko autorytarnego kapitalizmu. W związku z globalizacją gospodarka i kapitał zyskały ogromne możliwości kontroli nad społeczeństwem, podczas gdy polityka narodowa je straciła. Autorytarny kapitalizm nie ma żadnego “interesu” w społecznej integracji. Jeśli w tym samym czasie następuje osłabienie państwa opiekuńczego, którego główna funkcja polega przecież na łagodzeniu napięć, to kryzys systemowy jest niemal nieunikniony. Właśnie z nim mamy dzisiaj do czynienia. (…)

Mechanizmy integracji społeczeństwa są bardzo złożone. Pierwszy wymiar to dostęp do rynku pracy, możliwości zdobycia wykształcenia, udział w konsumpcji. Tu chodzi nie tylko o obiektywne kryteria - posiadanie pracy i pieniądze - ale także o kwestię uznania i dowartościowania w społeczeństwie. Jaka pozycja zawodowa i materialna daje poczucie akceptacji i uznania? To pytanie ma ogromne znaczenie.

Drugi obszar, w którym rozstrzyga się kwestia społecznej integracji, to możliwości udziału obywatela lub grupy społecznej w rozwiązywaniu dotyczących ich konfliktów. Czy mają możliwość formułowania swoich postulatów? Tylko ten, kto dysponuje głosem i zostaje wysłuchany, może mieć poczucie moralnego uznania. Trzeci wymiar to najbliższe otoczenie i płynące z niego wsparcie dla jednostki.

To niezbędne warunki spójności społeczeństwa. Składają się na poczucie sprawiedliwości, solidarności i równego dostępu. Jeśli nie są spełnione, porządek społeczny się chwieje. Tam, gdzie możliwości uznania i dowartościowania nie są zagwarantowane, powstaje potencjał konfliktowy. Przemoc staje się metodą zwrócenia na siebie uwagi i zdobycia brakującego uznania ze strony innych.

Najgorsza jest świadomość marginalizacji. Instytucje polityczne wprawdzie istnieją, ale nie dają obywatelom poczucia, że są dostrzegani. Brytyjski politolog Colin Crouch nazwał ten stan trafnie postdemokracją. Rozruchy w Anglii to próba powiedzenia “My tu jeszcze jesteśmy!”. To nie demonstracja polityczna, tylko walka o życie - nie w sensie materialnym, ale miejsca w społeczeństwie. (…)

Zamieszki karmią się zawsze obrazami wroga utrwalonymi w społeczeństwie. W Anglii jest nim policja, często oskarżana o rasizm. Także we Francji gwardia narodowa i specjalne jednostki policji biją wszystko, co się rusza i ma nieco inny kolor twarzy. Polityka deeskalacji, którą stosuje niemiecka policja, znacznie się różni od podejścia w tamtych krajach. To także wyjaśnia, dlaczego napięcia społeczne nie skutkują takim wybuchem. (…)

Jeśli moralny upadek jest przyczyną kryzysu społecznego, to dotyczy on także warstw wyższych. Skandale w klasie politycznej i destrukcyjne społecznie machinacje elit finansowych są tego dowodem. Trudno wymagać od dołów społecznych tego, co nie obowiązuje na górze. Tylko ten, kto cieszy się społecznym uznaniem, jest zainteresowany stabilnym porządkiem społecznym. (…)

Wybitny socjolog Niklas Luhmann mówił, że im więcej mówimy o moralności, tym mniejsze są szanse porozumienia. Ten, kto czuje, że się nim gardzi albo go ignoruje, nie musi w ogóle myśleć o następstwach, jakie jego działania mają dla wspólnoty czy państwa. Rządzące nimi zasady stają się dla niego obojętne. (…)

Q: Czy można jednak z szacunkiem odnosić się do ludzi, którzy plądrują sklepy i palą domy?

To procesy, które trwają od lat i teraz zbieramy ich owoce. Ale elity bardzo często dodatkowo podgrzewają emocje. W 2005 roku, kiedy wybuchły rozruchy na przedmieściach francuskich miast, ówczesny minister spraw wewnętrznych Nikolas Sarkozy mówił o “robactwie”, sugerując, że trzeba je wytępić. Cameron tak daleko nie idzie, ale potępiając “kryminalistów”, także dokonuje ryzykownego zabiegu. Ci młodzi ludzie w większości nie wybrali sobie warunków, w których żyją. Funkcjonują w społeczeństwie klasowym, w którym umowa społeczna została wypowiedziana. To nie usprawiedliwia ich przemocy, ale pokazuje głębsze jej podłoże.

Poczucie wspólnoty, kolektywu, które powstaje w takich rozruchach, jest sposobem przezwyciężania własnej niemocy w indywidualnym życiu. Polityka w stylu Camerona tylko ten efekt wzmacnia. Etykietowanie wszystkich uczestników zamieszek jako “kryminalistów” natychmiast wywołuje odruch solidarności między prawdziwymi przestępcami a tymi, co tylko się przyglądali. To nie jest metoda na rozwiązanie problemów, raczej prowadzi do eskalacji. (…)

Nieadekwatność represji polega też na tym, że w przyspieszonych postępowaniach sądy skazują na kilkumiesięczne kary więzienia zarówno prawdziwych sprawców, jak i obserwatorów. To kumulacja nowego materiału wybuchowego. Polityka “zero tolerancji” według nowojorskich wzorców na dłuższą metę nie pomoże, bo nie wpływa na zmianę sytuacji społecznej, która doprowadziła do wybuchu.

Q: Jakie są dzisiaj polityczne możliwości zapobieżenia systemowemu kryzysowi społeczeństwa, o którym pan mówi? Znany politolog Herfried Münkler powiedział mi niedawno, że podczas gdy wiek XX był w Europie Zachodniej stuleciem integracji społecznej, to wiek XXI stać będzie pod znakiem rozpadu i dezintegracji. 

Nie ma żadnego cudownego rozwiązania tych problemów. Znowu powołam się na Luhmanna. Mówił on, że wielu konfliktów nie da się po prostu rozwiązać, można je tylko trzymać w pewnej równowadze. I to jest dzisiaj główne zadanie polityki. Choćby podstawowy konflikt między wolnością a więziami społecznymi: wybitny socjolog Ulrich Beck pisał już dawno temu, że kryzys społeczeństwa jest w równej mierze wynikiem rozwoju kapitalizmu, jak procesu indywidualizacji. Za jego sprawą człowiek wyzwala się z pęt środowiska, z ograniczających go norm i kontroli. To prowadzi do ogromnego przyrostu wolności, lecz także nowych problemów.

Młodzi ludzie mogą - i muszą - podejmować dzisiaj decyzje w wielu sprawach, które w moim pokoleniu były jeszcze regulowane obowiązującymi wszystkich normami i wartościami. Nacisk na elastyczność i mobilność, będący skutkiem obecnej formy kapitalizmu, niszczy ludzi i powoduje, że są niezdolni do życia społecznego. To wszystko prowadzi do dezintegracji. (…)

Dawna republika federalna była społeczeństwem awansu. Syn ślusarza stawał się inżynierem - takie było oczekiwanie i takie możliwości dawał system edukacji i rynek pracy. Ale winda społeczna nie idzie już do góry. Struktury społeczne są coraz bardziej sztywne. Badania wskazują raczej na odwrotny kierunek społecznej mobilności - w dół, czyli degradację.

Ten proces następuje w różnym tempie, ale dotyczy całej Europy. Różnica między Hiszpanią a Anglią jest np. taka, że w Hiszpanii lepiej funkcjonują jeszcze struktury rodzinne jako siatka bezpieczeństwa. W Anglii sytuacja pod tym względem jest katastrofalna. Dowodem niezwykle wysoka liczba nastolatek samotnie wychowujących małe dzieci. We Włoszech z kolei kryzys społeczny objawia się niezwykle wysoką liczbą młodych mężczyzn, którzy nie wyprowadzają się z rodzinnego domu. To samo dotyczy Niemiec wschodnich.

Wszędzie podłoże jest podobne. Młode pokolenie ma przecież w pamięci, że rodzice dokonali skoku społecznego. Właśnie dlatego kwestie prestiżu i uznania stają się w życiu codziennym zarzewiem konfliktu. To oczywiste, bo żyjemy porównaniami. Kiedy idziemy na przyjęcie, pierwsze pytanie brzmi: nie jak się nazywasz, tylko gdzie pracujesz. W ten sposób szufladkuje się ludzi, daje im poczucie godności lub - przeciwnie - niedowartościowania.

Q: Awans społeczny nie działa, państwo opiekuńcze jest za drogie, rodzina w kryzysie, nierówności materialne rosną. Gdzie są jeszcze siły zdolne integrować społeczeństwo?

- Ja także nie mam odpowiedzi na to pytanie. Bodaj najważniejszym wyzwaniem jest stworzenie nowej kultury uznania. Poczucie niesprawiedliwości i brak uznania ze strony reszty społeczeństwa są paliwem procesów dezintegracyjnych, konfliktów i przemocy.

Dzisiaj niezwykły nacisk kładzie się na szkołę. Wyniki międzynarodowych porównawczych badań kompetencji uczniów PISA są zawsze na pierwszych stronach gazet. To zrozumiałe. Ale gdzie mają znaleźć uznanie młodzi chłopcy, którzy w tej konkurencji sobie nie radzą? Jeśli liczy się wyłącznie Pitagoras i tabliczka mnożenia, to jest prawdziwy problem. Dzisiaj wartość mają tylko te osiągnięcia, które znajdują od razu praktyczne zastosowanie, które można wykorzystać. Reszta się nie liczy. Tymczasem młodzi ludzie chcą uznania ze strony rówieśników, szkoły, społeczeństwa za wszelką cenę. Jeśli go nie otrzymują, to szukają go w przemocy, jak to widać na brytyjskich ulicach.

Dlatego właśnie nowa kultura uznania jest tak ważna. Weźmy pracę społeczną. Dzisiaj nie cieszy się żadnym szacunkiem. Ludzi, którzy ją wykonują, od razu uznaje się za ostatnich nieudaczników. To błąd. W wielu zacofanych regionach ludzie o wysokich kwalifikacjach nie mają i tak żadnych szans na pracę adekwatną do ich wykształcenia. Pracując społecznie, mogą zrobić bardzo dużo pożytecznego. Ale tego się nie honoruje.

W szkołach w USA  niezwykłe poważanie mają ci, którzy wyróżniają się w sporcie. Chłopiec, który świetnie gra w piłkę nożną, na każdym kroku słyszy, że jest “great”. Dla dzieci i młodych ludzi ma to ogromne znaczenie. W Niemczech, kiedy chłopcy tureckiego pochodzenia błyszczą na boisku, słyszą w szkole, że “Mehmet potrafi tylko grać w piłkę”. To jest forma subtelnej deprecjacji, która ma fatalne skutki. Stworzenie ludziom nowych możliwości dowartościowania jest jednym z najważniejszych celów, jeśli chcemy zapobiec dalszej dezintegracji.

Wilhelm Heitmeyer (ur. 1945) - niemiecki socjolog, dyrektor Instytutu Badań Konfliktów i Przemocy na uniwersytecie w Bielefeld. Autor wielu ważnych badań na temat ksenofobii, konfliktów społecznych i przemocy w społeczeństwie, Strzeżmy się pogardy, Gazeta Wyborcza, 22.08.2011 (Illustration source)

Aug
18th
Thu
permalink
Karol Darwin i jego wyprawa, Gazeta Wyborcza 12.02.2009

Karol Darwin i jego wyprawa, Gazeta Wyborcza 12.02.2009

Aug
1st
Mon
permalink

Jak żyć ze złem - Żakowski o dylematach w polityce

          
                                     Williama Blake - anioł i diabeł walczą o duszę dziecka

“Pięć lat po 9/11 Bush mówił, że „wojna z terroryzmem musi trwać, aż cywilizowane narody lub terroryści nie okażą się ostatecznymi zwycięzcami”.

Duża część naszego świata przyjęła to bez zdziwienia. Jakby terroryzm był wynalazkiem ibn Ladena. Choć moje pokolenie całe życie przeżyło w cieniu terrorystycznych ataków irlandzkiej IRA, baskijskiej ETA, separatystów algierskich, kurdyjskich, korsykańskich, czeczeńskich, włoskich faszystów, niemieckich, brazylijskich, boliwijskich lewaków, rozmaitych mafii, amerykańskich prawicowych milicji i chrześcijańskich przeciwników aborcji, japońskich, indyjskich i amerykańskich sekt, szaleńców jak Ted Kaczynski itp. A nie jesteśmy przecież wyjątkowi. Joseph Conrad napisał „Tajnego agenta” o dokonanym w 1894 r. zamachu na obserwatorium w Greenwich, którego symbolika w Imperium Brytyjskim przypominała XX-wieczną symbolikę ataku na WTC i nawiązywała do próby wysadzenia Izby Lordów przez Guy Foxa w 1605 r.

Można uważać, że obietnica ostatecznego zwycięstwa w walce z terroryzmem to retoryka bez większego znaczenia. Ale byłoby to kolejne niebezpieczne złudzenie. Bo od tego, jak oceniamy miejsce zła (np. terroryzmu) w świecie, zależy, jak na nie reagujemy. Kto wierzy, że to, co uważa za zło, ma incydentalny charakter, ten gotów jest na krótko zawiesić uznawane przez siebie wartości, by się ze złem uporać. Kto zaś uważa obecność zła (np. terroryzmu) za nieusuwalną część rzeczywistości, ten będzie szukał takich metod walki, takiego modus operandi walki przeciw złu i takiego modus vivendi współistnienia ze złem, żeby je ograniczyć, a siebie nie zarazić, nie zmienić świata na gorsze, pozostać w zgodzie z własnymi wartościami. Na tym z grubsza polega różnica miedzy dwiema drogami zmagania się ze złem. Między wojną (stanem wyjątkowym), która jest rzeczywistością przejściową i zawiesza zasady chwilowo, a walką, która jest permanentna, więc musi respektować zasady.

Trudny odwrót

Jeśli się wierzy, że wojna z terroryzmem rozwiąże problem terroryzmu – choćby tylko religijnego i ideologicznego – z którym „świat cywilizowany” walczy kilkaset lat (Fox chciał przywrócić w Anglii katolicyzm, mordując protestanckiego króla i lordów, a zamach w Greenwich był dziełem anarchistów), trudno znaleźć powód, by nie zastosować jakiegoś nadzwyczajnego środka prowadzącego do celu. Nic przecież się strasznego nie stanie, jeśli prawa obywatelskie, a nawet prawa człowieka zawiesi się na krótko. Na przykład stosując wobec jednej podejrzanej osoby tortury albo mordując kilku terrorystów w ich domach bez sądu i na oczach rodzin. Można nawet uważać, że wolno sobie w takiej sytuacji pozwolić na jakąś dawkę okrucieństwa, jeśli dzięki temu wielu niewinnych ludzi uniknie okrutnego losu.

Jeśli się jednak pamięta, że – jak uczy historia – zło jest nieusuwalne, a jego przejawy towarzyszą nam stale, że na przykład terroryzm jest w Europie prawie tak stary jak środki wybuchowe, więc nie ma powodu sądzić, że uda się go wykorzenić, to nie ma się pokusy ulegania złudzeniu, iż wystarczy chwilowo zawiesić zasady, by się z problemem uporać i wrócić do normalności. Zwłaszcza że przejściowe zawieszenie zasad popycha do tego, by je zawieszać w coraz większym stopniu.

Państwo stanu wyjątkowego trudno jest z powrotem przekształcić w państwo gwarantujące prawa i wolności na poprzednim poziomie. (…) Prezydentowi Obamie nie udało się nawet zamknąć więzienia w Guantanamo, ograniczyć inwigilacji własnych obywateli ani znieść absurdalnych restrykcji w samolotach. Od rewolucji francuskiej po wojnę w Palestynie można śledzić mechanizm, który sprawia, że w państwie stanu wyjątkowego urzędowych nieprawości przybywa bez względu na poziom zagrożeń. (…)

Zwykle nam się zdaje, że tym razem jest jednak inaczej, że coś się na chwilę zawiesi, przytopi się albo przypiecze jednego czy drugiego i sprawę załatwi. A potem będzie jak zawsze.

Przez wieki miliony ludzi, którzy temu złudzeniu ulegli, kończyli na stosach, gilotynach, w gułagu, w chińskich obozach pracy. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, jedyny europejski kraj, który w czasach nowoczesnych mimo terrorystycznych zamachów nigdy takiej logice nie uległ, jest także jedynym, który od wieków nie przeżył rewolucji ani zamachu stanu.

Kłopot z odwrotem nie jest mniejszy, gdy wrogiem są zjawiska społeczne. Prostytucja, marihuana, aborcja. Tu też mamy dwie możliwe strategie. Możemy uznać zło za nieusuwalne, immanentne dla naszej rzeczywistości z powodu natury świata lub jako skutek uboczny kształtu, jaki nadaliśmy mu historycznie. Albo możemy przyjąć, że zło jest błędem systemu, ekscesem, wyjątkiem od jakiejś idealnej normy.

Bezimienny wróg

Umysł oświeceniowy jest tutaj rozdarty. Z jednej strony racjonalistyczna pycha mówi mu, że może zbudować dobry świat, okiełznać naturę, ulepić wszystko wedle swego życzenia. Jak nie od razu, to z czasem. Z drugiej empiria pokazuje, że jest zło społeczne, którego władza państwowa i duchowna pozbyć się przez wieki nie umie. Potępia je, zwalcza, zakazuje, karze – a ono jest i jest. Niewrażliwe na kodeksy moralne i karne. Nieczułe na wysiłki prokuratorów, sędziów, biskupów, urzędników, policjantów, wojskowych.

Tu wybór postawy intelektualnej też determinuje strategie polityczne. Kto uważa, że zło jest wynikiem błędu lub błędem samym w sobie, ten będzie za zakazywaniem, zwalczaniem, śledzeniem i represjonowaniem bez względu na koszty i skutki uboczne. Kto gotów jest uznać nieusuwalność zła, ten postawi pytanie, jak się ze złem ułożyć? Jak utrzymać je w ryzach, jak zminimalizować szkody oraz koszty. Jak pomóc tym, których dotyka.

Racjonalnie biorąc problem jest dość prosty. Prostytucja jest stara jak świat. Nigdy nie udało się jej zlikwidować, choć bywała surowo karana. Zepchnięcie jej do podziemia tworzy rynek handlu żywym towarem, stawia rzeszę kobiet i mężczyzn poza opieką prawa, zwiększa ryzyko sanitarne, kreuje szarą strefę rozmiękczającą państwo, buduje potęgę rosyjskich i bałkańskich mafii.

Podobnie z narkotykami. Ogłoszona w 1980 r. przez Ronalda Reagana „wojna z narkotykami”, choć już w pierwszym roku wydano na nią 1,5 mld dol. i od lat zapełnia amerykańskie więzienia dwoma milionami więźniów, nawet w USA nie załatwiła problemu. Spowodowała natomiast dramatyczny rozwój międzynarodowych mafii narkotykowych dysponujących dziś odrzutowcami i łodziami podwodnymi. Narkobiznes finansuje afgańskich talibów, wojnę domową w Kolumbii, meksykańskie gangi walczące na ulicach miast. W Polsce radykalizacja prawa antynarkotykowego też nie zmniejszyła spożycia, chociaż zapełniła sądy i więzienia dziesiątkami tysięcy osób złapanych ze skrętem.

Nie wiadomo też, by zakaz aborcji gdziekolwiek rozwiązał problem. W Polsce kilkuset legalnym aborcjom towarzyszy od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy aborcji nielegalnych. Wykonywanych często w wątpliwych warunkach i bez żadnych „kryteriów dopuszczalności”. Przede wszystkim bez alternatywy, jaką w przypadku legalnej aborcji może być przejęcie opieki nad dzieckiem z chwilą urodzenia. Zakaz wykreował natomiast podziemny przemysł obracający setkami brudnych milionów rocznie i wpływający na sytuację polskiej ginekologii oraz anestezjologii.

Odmowa uznania nieusuwalności zła przyniosła zwycięstwo opcji represyjnej tworzącej nowe zło. Rozumiem logikę tych, którzy odwołują się do „zbawiennej hipokryzji”, pozwalającej z jednej strony publicznie wypowiadać złu wojnę, a z drugiej po cichu machać ręką i godzić się, żeby zło trwało w szarej strefie. Ale nie podzielam nadziei, że tym sposobem wilk może być syty i owca cała. Przeciwnie. Owca zostaje pożarta (zło nadal istnieje, szerzy się i narasta – np. narkomania), a wilk dostaje coraz silniejszych konwulsji. Skoro już musimy (a bez wątpienia musimy) zło zaakceptować, lepiej to zrobić otwarcie. Cicha akceptacja raczej tuczy zło, niż je ogranicza.

Pozostawienie prostytucji gangsterom wykreowało globalny rynek pozbawionych praw seksniewolników, którego by nie było (lub byłby marginesem), gdyby prostytucja została zalegalizowana i poddana regulacji oraz nadzorowi państwa. Wojna z narkotykami sprawia, że miliony ludzi w Polsce i na świecie palą, wciągają i łykają nie wiadomo co. Legalizacja nie tylko pozbawiłaby gangsterów gigantycznego dochodu i pozwoliła policjom zająć się czymś pożytecznym; umożliwiłaby też kontrolowanie jakości na przykład marihuany, która w czystej biologicznie formie została wyparta przez skun, czyli zielsko spryskane nie wiadomo czym i wywołujące fatalne skutki uboczne. Legalizacja aborcji pozwoliłaby nie tylko uniknąć powikłań, ale też uratować wiele ludzkich istnień, gdyby warunkiem zabiegu była konsultacja połączona z ofertą przejęcia odpowiedzialności za urodzone dziecko.

Ukryte ofiary

Empirycznie, socjologicznie, kryminologicznie, etycznie to wszystko jest przebadane, opisane i proste. Wszyscy się zgadzają, że terroryzm, tortury, prostytucja, narkotyki, aborcja – to zło. Bez względu na to, z jakich wychodzimy ideowych, intelektualnych, etycznych, światopoglądowych pozycji. Problemem jest przekroczenie bariery dzielącej manichejską i oświeceniową idealistyczną tradycję obiecującą ludziom życie w świecie bez zła (przynajmniej jakiegoś zła) od pragmatycznego poczucia odpowiedzialności za to, by zła było mniej.

W publicznej debacie trudno jest przyznać, że walka ze złem może być gorsza niż to zło samo w sobie. Wojna z terroryzmem pochłonęła kilkadziesiąt razy więcej niewinnych ludzkich istnień niż terrorystyczne ataki. To nie przekonuje. Większość więźniów tajnych więzień na czele z Guantanamo nigdy nie stanęła przed sądem. Czyli więziono ich niewinnie. To też nie przekonuje. Ani to, że wojna narkotykowa zrobiła z dużej części świata krainę bezprawia, wojna z prostytucją stworzyła armię seksniewolników, a krucjata antyaborcyjna milionom dzieci odebrała szanse na to, by się urodziły.

Problem częściowo polega na tym, że zło, z którym walczymy, jest spektakularne, a zło, które powodujemy, jest zwykle zakryte. Przed oczami mamy 2752 ofiary i płonące wieże WTC, a nie 100 tys. zwłok irackich cywilów i ich zburzone domy. Bulwersuje nas widok prostytutek na wystawach w Holandii i nieprzytomnych narkomanów na ulicach miast. Ale nie widzimy, jak są „przygotowywane” do pracy kobiety w krajach, gdzie prostytucja działa w szarej strefie, ani jak funkcjonują, mordują, korumpują, trują globalne mafie narkotykowe.

Zasadniczy problem stanowi bariera emocjonalna – uznanie, że zło jest nieusuwalne i wobec tego trzeba się nauczyć z nim żyć tak, by minimalizować je i jego skutki, nie czyniąc świata jeszcze gorszym przez dokładanie zła, które czynimy, do tego, z którym walczymy.

Ryzyko dobrego zła

W pierwszej dekadzie XXI w. część świata z tym problemem sobie nie poradziła. (…)

Coś musimy z tym zrobić. (…) Chodzi o to, żeby odwrócić trend, który sprawiał, że czynimy świat coraz gorszym, coraz bardziej brutalnym i coraz mniej bezpiecznym.

By zwrot mógł się dokonać, potrzebny jest mocny sygnał. Taki, jak postawienie przed Trybunałem Stanu obu byłych premierów odpowiedzialnych za bezprawne i szkodliwe działania. (…)

Żadne zasady nie są przecież święte. Każdą kiedyś, w jakiejś sprawie, na jakiś czas trzeba w interesie publicznym zawiesić. Ale – podobnie jak akt obywatelskiego nieposłuszeństwa – zawsze musi się to wiązać z ryzykiem dla tego, kto dokonuje takiego zawieszenia lub je wykonuje.

Bez względu na wyrok Trybunału, postawienie przed nim dwóch byłych premierów byłoby sygnałem, że polska demokracja nie zgodzi się na trwałe zainfekowanie naszego świata złem. I że każdy, kto z jakiegokolwiek powodu narusza fundamentalne liberalno-demokratyczne zasady, musi mieć po temu śmiertelnie poważny powód. Tak śmiertelnie poważny, że w imię najwyższych racji gotów jest ponieść konsekwencje tego naruszenia. Bo w polityce – jak w życiu – zwykle bardziej liczy się (i ma poważniejsze skutki) zło, które czynimy, niż dobro, które obiecujemy lub nawet chcemy uczynić.”

Jacek Żakowski, polski dziennikarz i publicysta, Jak żyć ze złem, Polityka, 25 lipca 2011 Zobacz także: Zygmunt Bauman o prawdzie, manipulacji, władzy i kłamstwie (społeczeństwo XXI wieku)

permalink

Gra w bodźce - rozmowa z noblistą, prof. Robertem Aumannem, o grach społecznych

Wszystko, co się dzieje na świecie, jest grą. Od ewolucji po wojny. W tym sensie tylko gry zmieniają świat. Ale skoro pan już tak zaczyna, to ja muszę powiedzieć, że to nie ma nic wspólnego z cynizmem. Świat nie jest tylko grą w potocznym znaczeniu. Najlepszy dowód, jak mało z tego, co wiemy o mechanizmach gier, znajduje zastosowanie w praktyce. (…) Zawsze wiele różnych gier toczy się jednocześnie. Bo to, co w jednej grze, którą prowadzimy, jest racjonalne w sposób oczywisty i naukowo pewny, w innej może nam poważnie zaszkodzić. Często od gry, która się teraz odbywa, ważniejsze wydają nam się gry, które mają się dopiero odbyć.

Q: Czyli pańskie ulubione gry wielokrotne.

O, właśnie. One są ulubione dlatego, że bardziej przypominają nasze prawdziwe życie. Bo w życiu żadna gra nie kończy się ostatecznie. Każda gra, w jakiej bierzemy udział, ma jakiś wpływ na następną. To zmienia jej przebieg, sens, a często też faktyczny wynik. (…)

Ludzie, którzy nie rozumieją znaczenia tej nieskończonej wielokrotności gier, z której składa się życie, popełniają katastrofalne błędy. (…)

Po prostu nie rozumieją, o co gra się toczy. Altruizm w jakiejś pojedynczej grze może robić wrażenie postawy naiwnej, ale w serii gier powtórzonych może przynieść więcej korzyści niż egoizm. Zemsta może się wydawać absurdem, nieracjonalnością, zbędnym okrucieństwem, ale w grze powtórzonej może nas zabezpieczyć przed poważnymi stratami. Ludzie słusznie często reagują nieproporcjonalnie do tego, co się stało, bo ich reakcje są proporcjonalne do tego, co mogłoby się stać, gdyby jakieś zdarzenie miało się powtarzać. Podobnie często w jednej grze z czegoś rezygnujemy, żeby w innej grze uniknąć problemów. (…)

Q: Czyli polityka mogłaby być dużo bardziej racjonalna, więc też bardziej skuteczna, gdyby politycy znaleźli w sobie wolę i odwagę, by stać się belframi edukującymi wyborców – na przykład w teorii gier.

Teoretycznie. Tylko co jakiemuś politykowi z tego, że wygra uzyskując wyższe kwoty w przetargu, skoro ludzie tego nie zrozumieją i przegra wybory? Wie pan, byłem kiedyś na tym słynnym spotkaniu Jamesa Tobina, wielkiego ekonomisty i laureata ekonomicznego Nobla, ze studentami uniwersytetu Yale, kiedy poproszono go, żeby jednym słowem powiedział, czym się zajmują nauki ekonomiczne. Ekonomia była już rozległą nauką społeczną, sięgającą od psychologii po wysoką matematykę, więc zadanie wydawało się beznadziejnie trudne. A Tobin chwilę pomyślał i powiedział: Bodźcami.

Od razu zrozumiałem, że trafił w samo sedno. Ekonomia jest nauką o bodźcach, którymi kierują się ludzie, podejmując decyzje rynkowe. Teoria gier, którą zajmuję się prawie od początku mojej pracy naukowej, też się zajmuje bodźcami. Często się uważa, że teoria gier jest częścią ekonomii. Ja bym powiedział na odwrót. Ekonomia jest częścią teorii gier. Inną jej częścią są stosunki międzynarodowe, psychologia, socjologia, biologia, nauki polityczne. Polityka także jest sztuką posługiwania się rozmaitymi bodźcami w celu osiągnięcia zamierzonego celu.

Odpowiedź na pańskie pytanie zależy więc od tego, czy możemy sobie wyobrazić bodźce, które by skłoniły polityków do podjęcia takiej nauczycielskiej misji. Moim zdaniem takich bodźców nie ma i w szerszej skali trudno je sobie wyobrazić. Dlatego politycy nie interesują się teoriami. Nie wierzą, że teoria ich zbawi. (…)

Q: Ale sam pan pisał o seminariach z teorii gier w Princeton z udziałem Henry’ego Kissingera.

Wtedy Kissinger był jeszcze głównie naukowcem. Ale w latach 50. i 60. wielu polityków interesowało się teorią gier. Za prezydentury Trumana Tom Schelling, który razem ze mną dostał Nobla, pracował w Białym Domu. Potem on i wielu innych twórców teorii gier współpracowało z prezydentem Kennedym, który szukał teoretycznego klucza do przełamania pata w stosunkach z Sowietami.

Q: I znalazł?

Nie wydaje mi się. Z tego, że Pentagon, CIA, Biały Dom szukały w teorii gier odpowiedzi na potwornie trudne dylematy zimnej wojny, nie wynika, że mógł być natychmiastowy pożytek. Nawet gdyby takie odpowiedzi zostały znalezione, na przykład przez Johna Nasha. Ale z drugiej strony w okresie kryzysu kubańskiego Kennedy zaczął prowadzić politykę wykorzystującą odkrycia teorii gier wielokrotnych. Taką grą był przecież zaczęty wtedy proces rozbrojeniowy, krok po kroku budujący zaufanie między mocarstwami. Tylko że pewnie nigdy się nie dowiemy, ile w tym było intuicji, ile konieczności wynikającej z tego, że wojna atomowa to byłby koniec świata, a ile świadomie zaprojektowanej gry wielokrotnej. Myślę, że Kennedy kierował się czymś w rodzaju intuicji poinformowanego.

Q: Czyli?

Przecież takich rozgrywek jak globalna rywalizacja mocarstw, nawet przy dzisiejszej technice, nie da się precyzyjnie opisać w modelu matematycznym. Zbyt wiele jest niewiadomych i zbyt wiele czynników trzeba by uwzględnić. Ale znając teorię, rozumiejąc zasady, można wspomagać intuicję i spontaniczne myślenie. W tym sensie wiedza na pewno nie szkodzi, a Kennedy’emu zapewne pomogła. Zwłaszcza że Sowieci na szczęście byli w tej dziedzinie słabi. Chruszczow ani Breżniew nie mieli takiego zaplecza. Dlatego stosunkowo łatwo dali się wciągnąć w odprężenie, które było rodzajem zaprojektowanej w Waszyngtonie gry wielokrotnej. A kto projektuje grę, ten przecież robi to tak, żeby mu służyła.

Q: Czyli jednak to matematycy wygrali zimną wojnę?

Myślę, że pomogli. Uprawiając teorię gier jesteśmy jak entomolodzy, którzy studiują zachowania owadów. Entomolodzy nie mówią robakom, co mają robić, jak żyć, jak się skutecznie rozmnażać. A nawet gdyby im mówili, robaki nigdy ich nie posłuchają. Bo mają swój instynkt, swoje intuicje, społeczne nawyki. Politycy podobnie. Więc przeważnie nas nie pytają o zdanie. A nawet gdyby zapytali – jak Kennedy czy Kissinger – nie jest powiedziane, że będą się nas słuchali… Wie pan dlaczego?

Q: Bo nie zrozumieją?

Niech pan nie lekceważy polityków. To często są inteligentni i wykształceni ludzie. Popełniamy błąd sądząc, że skoro podejmują szkodliwe decyzje albo skoro nie podejmują decyzji oczywiście ich krajom potrzebnych, to znaczy, że są głupi czy niedokształceni. Oni po prostu mają inne cele. Ich celem jest być wybranym. Żeby zostać wybranym, trzeba być rozumianym i akceptowanym. A to, czego dowiadujemy się studiując teorię gier i uprawiając projektowanie gier (game engineering), jest zwykle przeciwne prostym, powszechnym intuicjom. Za czasów Kennedy’ego taką typową sytuacją była kwestia schronów atomowych, które Amerykanie masowo budowali w swoich domach. Sowietów to potwornie złościło, bo uważali, że czym lepiej zabezpieczeni przed skutkami wybuchu bomby atomowej poczują się Amerykanie, tym większe będzie ryzyko, że rząd USA zaatakuje Związek Radziecki. Kreml żądał więc zakazu budowy schronów w Ameryce. Kennedy, Schelling, Herman Khan doskonale rozumieli, że schrony mające zwiększyć bezpieczeństwo Amerykanów, zmniejszają je radykalnie. Bo im więcej schronów budowali Amerykanie, tym bardziej zagrożeni czuli się Sowieci i większe było ryzyko, że dokonają ataku prewencyjnego. Tylko że nic na to nie mogli poradzić: rząd nie miał prawa zakazać obywatelom budowania schronów. (…)

W sferze publicznej ludzie bardzo się boją zachowań niezgodnych z intuicją. A jeszcze bardziej boją się zachowań trudnych do wytłumaczenia.

Q: Ma pan jeszcze jakiś przykład?

Widział pan „Piękny umysł”?

Q: Widziałem.

Jest tam taka scena, w której kilku facetów gapi się na tę samą kobietę. To jest zrozumiałe, bo ona jest bardzo piękna. Zdecydowanie wyróżnia się na tle otoczenia. Każdy chce ją mieć dla siebie. Ale jeżeli wszyscy będą do tego dążyli, tylko jeden z nich może być szczęśliwy. Jak im wytłumaczyć, że najlepiej by było, gdyby wszyscy z niej zrezygnowali i zajęli się innymi kobietami? Bo wtedy może nikt nie byłby tak bardzo szczęśliwy, ale wszyscy mogliby być zadowoleni. (…)

Weźmy GPS, który – jak wiadomo – pokazuje naszą pozycję na mapie. Ale ludzie chcą większych udogodnień. Chcą widzieć nie tylko swoją pozycję, ale też najkrótszą możliwą drogę. Kiedy się nie zna miasta, jest to wielka pomoc. Tylko że to, co się wydaje pomocą, często okazuje się prawdziwym przekleństwem. Bo GPS wszystkim kierowcom radzi dokładnie to samo. A kiedy wszyscy wybierają te same optymalne trasy, gwałtownie rosną korki. W wielkich aglomeracjach GPS staje się wielkim problemem, bo eliminuje dość powszechne błędy w wyborze optymalnej trasy, kumuluje ruch i blokuje ulice.

Q: Techniczna doskonałość maszyny okazuje się mieć gorsze skutki niż ludzka niedoskonałość.

Ale wydaje się, że przy dzisiejszej wiedzy i technice można temu stosunkowo łatwo zaradzić, proponując poprzez GPS trasy omijające aktualne korki. W wielu miastach jest już taka usługa. Sęk w tym, że ona nie rozładowuje korków, tylko je jeszcze bardziej powiększa. Bo przecież GPS wszystkim pokazuje te same korki i proponuje te same objazdy. Co zatem robi rozsądny kierowca, kiedy GPS pokazuje korek i proponuje objazd? Jedzie dokładnie tam, gdzie mapa pokazuje korek. Zanim tam się znajdzie, wszyscy inni już wybiorą objazd. To jest skuteczny trick. Ale też do czasu. Bo ludzie dość szybko się zorientują, jak to działa, i wszyscy zaczną się tak zachowywać, co znaczy, że znów będą korki tam, gdzie GPS pokazuje korki, i zrobi się luźno tam, gdzie GPS pokazuje objazd.

Q: Czyli sytuacja jest właściwie beznadziejna.

Ale teoria gier ma tu rozwiązanie. Nazywamy je strategią mieszaną. Krótko mówiąc, GPS może jednym sugerować jedną trasę, a drugim inną. Wtedy uniknie się korków. To jest wariant odkrycia Johna Nasha. (…)

Q: Czyli tak czy inaczej w powietrzu znów wisi konflikt.

Teoria gier jest w dużym stopniu nauką o konfliktach. I też ma do zaoferowania kilka dobrych metod ich rozwiązywania, które – gdyby były politycznie do zaakceptowania, czyli gdyby odpowiadały powszechnej intuicji – mogłyby bardzo pomóc w wychodzeniu z wielu trudnych sytuacji. Zwłaszcza konfliktów społecznych.

Q: Jakie to metody?

Na przykład tzw. arbitraż oferty ostatecznej. Niech pan sobie wyobrazi, że związki zawodowe domagają się wysokiej podwyżki, a pracodawcy gotowi są zgodzić się tylko na niewielką. W powietrzu wisi strajk. Co się wówczas dzieje? Zazwyczaj jedni i drudzy siadają do negocjacji, żeby wypracować kompromis. Brzmi to pięknie. Ale zastanówmy się, jaki jest mechanizm kompromisu, a bardziej konkretnie, jakie bodźce generuje proces szukania kompromisu? Podstawowy bodziec jest taki, żeby eskalować żądania. W procesie szukania kompromisu pracodawcy oferują zwykle znacznie mniej, niż mogą zapłacić, a pracownicy żądają więcej, niż im rzeczywiście potrzeba. A czym większa rozbieżność i czym większe emocje, tym trudniej o kompromis. Gdy rozbieżność jest znaczna, zwykle nie dochodzi do porozumienia, a jeśli do niego dochodzi, przynajmniej jedna strona czuje się przegrana.

Q: Dlatego przydaje się arbitraż, który pomaga osiągnąć rozsądny kompromis?

Prawdziwy kompromis jest niezwykle trudny, bo w trakcie negocjacji jedni i drudzy się boją, że nawet jeżeli oni ustąpią, to druga strona będzie trwała przy swoim. Więc zwykle dochodzi do strajku i ten, czyje straty są większe, lub ten, kto ma większe pole manewru, wreszcie ustępuje. Ale niech pan sobie wyobrazi, że rezygnujemy z kompromisu, że wyrzucamy do śmieci technikę negocjacji i zastępujemy ją arbitrażem. Obie strony wybierają arbitra, który ma podjąć decyzję, a związki i pracodawcy zobowiązują się do jej respektowania.

Q: Wtedy nie ma groźby strajku, ale zwykle zostają złe emocje i rozczarowanie.

I arbiter ma zwykle spory problem. Jeżeli obie strony go zaakceptowały, może oczywiście podjąć dowolną decyzję, ale zwykle chce, żeby jego decyzja była dla obu stron do przełknięcia, bo tylko wtedy konflikt zostanie trwale zażegnany. Musi więc znaleźć taki punkt równowagi, który da pracownikom satysfakcję z pracy i nie zagrozi sytuacji finansowej firmy. Inaczej przedsiębiorstwa popadną w kłopoty albo związki wkrótce znów upomną się o podwyżki. Sęk w tym, że taki złoty środek jest bardzo trudno znaleźć, bo obie strony konfliktu płacowego prowadzą grę pozorów.

Q: Czyli arbiter musi ustalić, jak sytuacja wygląda naprawdę.

A tego zwykle ustalić się nie da. Dlatego teoria, a właściwie inżynieria gier proponuje jeszcze jedną zasadę. Zanim arbiter podejmie decyzję, obie strony muszą przedstawić mu swoje ostateczne oferty. Zamiast negocjować i, frustrując się, krok po kroku iść na kolejne ustępstwa, od razu wraz z pełnomocnictwem do ostatecznego ustalenia wysokości podwyżki przekazują mu informację, o ile gotowe są ustąpić ze swoich pierwotnych stanowisk. Pracodawca określa maksymalną możliwą podwyżkę, a pracownicy definiują minimum swoich oczekiwań. Uprawnienia arbitra ogranicza się zaś do wybrania jednej z tych dwóch ofert. W ten sposób zmienia się bodźce, którym podlegają obie strony konfliktu. Bo poza interesami polegającymi na tym, że jedni chcą dać jak najmniej, a drudzy chcą dostać jak najwięcej, pojawia się trzeci bodziec – przekonanie arbitra o swojej dobrej woli.

Q: W czasie każdego poważnego konfliktu taką rolę gra opinia publiczna.

Ale tylko częściowo. Bo opinia publiczna nie jest w stanie ocenić racjonalności stanowisk negocjacyjnych. A uczciwy i kompetentny arbiter, znający ostateczne oferty, może wyrobić sobie zdanie co do tego, która strona szuka porozumienia, a która tylko jednostronnych korzyści. Poza tym opinia publiczna z natury oczekuje kompromisu, a w tym przypadku arbiter musi wybrać jedną z dwóch otrzymanych ofert. Nie może negocjować, szukać złotego środka ani ustalać poziomu równowagi. Musi wybrać, która propozycja jest bardziej uczciwa, i zarządzić wprowadzenie jej w życie.

Q: Czyli zwycięzca bierze wszystko, a pokonany wszystko traci.

Pozornie. Bo uruchamia się inny system bodźców. Zaleta arbitrażu ostatecznej oferty polega właśnie na tym, że strony konfliktu, stojąc w obliczu ostateczności decyzji arbitra, starają się przekonać go o swojej skłonności do kompromisu. Bodźce do maksymalizacji korzyści zostają osłabione, a pojawiają się bodźce do maksymalnego wyjścia naprzeciw drugiej stronie. Zwykle obie strony przedstawiają więc oferty znacząco bliższe drugiej stronie niż w toku zwykłych negocjacji, a w dużej części przypadków pracownicy zażądają mniej, niż pracodawcy im zaoferują. Często konflikt społeczny zostaje więc rozwiązany w taki sposób, że obie strony czują się wygrane. Tylko że to też się jakoś społecznie nie przyjmuje.

Q: Dlatego, że ludzie nie wierzą w bezstronność arbitra?

Przede wszystkim dlatego, że taka metoda nie daje stronom szansy uwiarygodnienia się w swoim zapleczu. Związkowcy nie mogą pokazać pracownikom, jak bohatersko walczą o ich płace, a menedżerowie nie mogą pokazać akcjonariuszom, jak twardo walczą o ich zyski. To, co jest racjonalne z punktu widzenia stron społecznego lub politycznego konfliktu, nie musi być racjonalne z punktu widzenia ich reprezentantów. W społecznej praktyce często zdarza się tak, że nawet jeżeli porozumienie jest w interesie obu stron konfliktu, to silniejsze są bodźce, żeby się nie porozumiewać. Dlatego kiedy się analizuje jakąś sytuację, trzeba zwracać uwagę nie tylko na interesy, ale też na bodźce. One są często silniejsze od interesów. (…)

Za pomocą arbitrażu ostatecznej oferty ustalane są na przykład płace zawodników futbolu amerykańskiego. (…)

Kiedy w końcu lat 50. przyjechałem do Izraela, dość szybko zgłosiło się do mnie kilku dżentelmenów, którzy przedstawili się jako wojskowi agenci i zażądali, żebym im pomógł rozwiązać jakieś gry taktyczne. Nie miałem jeszcze obywatelstwa, więc nie mogli po prostu wziąć mnie do wojska. Ale się zgodziłem. Postawiłem tylko jeden warunek: 100 dolarów dziennie. Wtedy 100 dolarów to było pewnie tyle, co teraz tysiąc lub dwa tysiące. I oni się rozmyślili. Ale nie żałowałem. A wie pan, dlaczego tyle zażądałem? Żeby sprawdzić, czy oni rzeczywiście szukają u mnie rozwiązania. Wie pan, dlaczego oni się nie zgodzili? Bo nie mieli zamiaru potraktować moich rad poważnie. Wie pan, skąd to wiem? Stąd, że problem, który miałem rozwiązać, był wart miliony ówczesnych dolarów. Prosty bodziec pozwolił mi sprawdzić, na ile poważnie traktują moją pracę. A ważne, że nie zmarnowałem czasu, bo rozumiałem, że to, co się daje za darmo, inni traktują jako nic niewarte. Nie chciałem, żeby moja praca była tak traktowana. (…)

Q: To jest zastanawiające. Bo konflikt bliskowschodni jest, obok zimnej wojny, najpoważniejszym i najbardziej złożonym konfliktem od II wojny światowej.

I właśnie dlatego trudno by go było podporządkować zasadom teorii gier. Przecież nawet nie jesteśmy w stanie określić możliwych alternatyw. Nawet jednak jeżeli teoria gier zwykle nie potrafi definitywnie rozwiązać złożonych konfliktów politycznych, to zawsze może być użyteczna w kreowaniu odpowiednich bodźców. W konflikcie bliskowschodnim zasadniczy błąd polega w dużej mierze na tym, że my od dawna kreujemy złe bodźce. Nie trzeba mieć Nagrody Nobla, żeby rozumieć, że jak się chce pokoju, trzeba być gotowym na wojnę. I my to rozumiemy, ale tylko częściowo. Mamy samoloty i czołgi, ale tak bardzo chcemy pokoju i spokoju, że wciąż prowadzimy wojnę, której nie chcemy. Problem jest w naszych głowach. Trudno jest wygrać wojnę, kiedy za bardzo chce się pokoju. W teorii gier bada się złożone interakcje, które często – jak w tym przypadku – prowadzą do efektów paradoksalnych, czyli dokładnie przeciwnych niż oczekiwane. Teoretycznie to się da opisać. Ale rozwiązać to społecznie czy politycznie jest trudno. Natomiast są takie problemy w Izraelu i wielu innych krajach, które dałoby się rozwiązać, gdyby politycy chcieli nas pytać o radę. (…)

Q: Czyli problemem jest nie tyle skonstruowanie systemu prawidłowo działających bodźców, co skonstruowanie bodźców do wdrożenia systemu sensownych bodźców. W gruncie rzeczy opowiada pan niezwykle pesymistyczną historię. Świat mógłby być dużo lepszy, gdyby nie to, że zbyt wiele osób chce, żeby był gorszy.

Talmud mówi: „Módlmy się za sprawiedliwe rządy, bo bez ich opieki jeden człowiek będzie żywcem połykał drugiego”. Tak świat jest zbudowany. Tego się nie zmieni. To nie jest przyjemne, ale nie zgadzam się z panem, że to jest pesymistyczne. Mnie się to wydaje w gruncie rzeczy bardzo optymistyczne. Bo zawsze można liczyć, że jak się postaramy, to jednak rządy będą lepsze.”

Robert Aumann, izraelski matematyk i członek Amerykańskiej Akademii Nauk, laureat Nagroda Nobla w Ekonomii, w rozmowie z Jackiem Żakowskim, Gra w bodźce, Polityka, 17 czerwca 2008

permalink

Guy Sorman o źródłach arabskiej rewolucji, o tym, czy islam da się pogodzić z demokracją i rynkiem i co z tego wynika dla Europy i świata

“To jest klasyczna rewolucja rosnących oczekiwań. Zgodnie z opisaną przez Tocqueville’a zasadą, że rewolucja wybucha, gdy ludziom zaczyna się żyć lepiej. Bo poprawa nigdy nie jest tak szybka, jak oczekiwania poprawy, gdy ludzie ją zauważą.

Q: Arabowie zauważyli, że im się poprawia?

W krajach, które ta rewolucja objęła, przez poprzednią dekadę wyraźnie się poprawiało. Ludzie zaczęli się zastanawiać, czy nie mogłoby się poprawiać trochę szybciej. Wtedy ostrzej zobaczyli, że władza jest skorumpowana, autorytarna, brutalna, że łamie ich prawa. Słusznie pomyśleli, że gdyby władza była lepsza, szybciej by im się poprawiało.

Nowym czynnikiem stała się demografia. A właściwie ogromne inwestycje w bardzo liczne młode pokolenie. Wszystkie te kraje mają wielkie uniwersytety, kształcące dużą część młodzieży. Uniwersytety kairskie opuszczają co roku dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych absolwentów. Bardzo niewielu z nich ma szansę na pracę zgodną z wykształceniem, a nawet na jakąkolwiek pracę. W Maroku, Algierii, Egipcie, Tunezji, częściowo w Arabii Saudyjskiej rosła dysproporcja między dynamiką tego pokolenia a rozwijającą się zbyt wolno, regulowaną, kontrolowaną przez skorumpowane rządy gospodarką. W ostatnich 20 latach we wszystkich tych krajach rosła coraz szybciej lumpeninteligencja. Na placu Tahrir były tysiące młodych, wykształconych Egipcjan, doskonale mówiących po angielsku, którego nauczyli się na Amerykańskim Uniwersytecie w Kairze. To też jest typowe.

Q: W jakim sensie?

Lumpeninteligencja jest paliwem większości rewolucji. W Afryce Północnej wyrosły miliony Leninów i Robespierre’ów. Część z nich – jak zawsze w takich sytuacjach – znalazła się w armii, która w krajach arabskich od dawna ma wyjątkową rolę.

Q: Specyfika kulturowa?

Raczej efekt dekolonizacji lat 50. W większości krajów przejęli wtedy władzę młodzi oficerowie, którzy stworzyli socjalistyczne, a nawet komunistyczne reżimy. Kombinacja wojskowych reżimów i socjalizmu stworzyła kolejną arabską specyfikę. Kiedy w latach 80. i 90. świat się integrował, globalizował, demokratyzował, te kraje zostały na uboczu historii. To było widoczne nawet dla niewykształconej części społeczeństwa. Więc rosła frustracja: „Dlaczego inni tak idą do przodu, a my nie?”.

Q: Czyli mieszanka europejskiego roku 1968 z 1989.

Wszystkie rewolucje są do siebie w dużym stopniu podobne. (…)

Ważne jest, żebyśmy nie ulegali stereotypom i łatwym teoriom. 20 lat temu bardzo popularna była teoria Zinowiewa, mówiąca, że komunizm stworzył homo sovieticusa, który jest niezdolny do życia w rynkowej demokracji.

Q: I wiele postsowieckich krajów nie poradziło sobie z demokracją.

A inne radzą sobie doskonale. Jak nie ma homo sovieticusa, tak nie ma homo islamicusa czy homo arabicusa. Są różne kraje z różnymi tradycjami i uwarunkowaniami. W Iraku, Syrii, Egipcie jest spory kapitał wynikający z tradycji społeczeństw otwartych, rynku, demokracji, które obalono w latach 50. Ludzie jeszcze dobrze to pamiętają. W Egipcie żywa jest tradycja Wafd, silnej partii liberalnej, która wywalczyła niepodległość i dominowała od lat 20. XX w. aż do zamachu stanu i obalenia konstytucyjnej monarchii przez pułkownika Nasera. W rodzinach, na uniwersytetach, wśród inteligencji przetrwała tradycja i pamięć 30 lat demokracji. Pod tym względem Egipt przypomina Europę Wschodnią. (…)

Q: A islam?

Islam nie szkodzi demokracji ani wolnemu rynkowi. Mahomet, w odróżnieniu od Jezusa, Buddy i Konfucjusza, był wielkim przedsiębiorcą, a jego żona była – jak byśmy dziś powiedzieli – poważną bizneswoman. W odróżnieniu od innych religii islam nie namawia też do ascezy i propaguje bogacenie się. W tym sensie Koran doskonale pasuje do współczesnego świata, którym rządzi rynek.

Q: Ale nie islamizm.

Żaden religijny fundamentalizm nie pasuje do współczesnego świata. Ale wśród sunnitów, czyli zdecydowanej większości arabskich muzułmanów, fundamentaliści nigdy nie odgrywali liczącej się roli. W Tunezji i Egipcie to jest absolutny margines. Dziś w żadnym kraju arabskim fundamentaliści nie mają szansy na zwycięstwo w wyborach. W latach 70. i 80., a nawet 90., wielu Arabom islamizm wydawał się ciekawą propozycją. Ale ten nurt bardzo osłabł. Społeczeństwa się zsekularyzowały. Rewolucje islamskie poniosły porażkę. Tylko w Maroku fundamentaliści mają duże wpływy. Nawet w Algierii, gdzie kiedyś wygrali unieważnione później przez władzę pierwsze demokratyczne wybory, nie mają już szansy powtórzyć sukcesu. Mogą robić zamachy w Bagdadzie czy Algierze, ale na zwycięstwo w wyborach nigdzie nie mogą teraz liczyć.

Q: Czas fundamentalistów minął?

Może wrócić. Po rewolucji część z tych krajów pogrąży się w chaosie, więc za kilka lat islamizm znów może wydać się części społeczeństwa ciekawą alternatywą. Tym razem nie dla lewicowych dyktatur, lecz dla rynkowych demokracji. Tylko że to raczej nie będzie islamizm radykalny. W krajach rządzonych przez partie islamistyczne – jak Turcja czy Indonezja – władza reprezentuje islamizm umiarkowany, demokratyczny, rynkowy i tolerancyjny. A obok działają radykalne partie islamistyczne, które mają mniej więcej jednoprocentowe poparcie. I to się raczej nie zmienia. W krajach arabskich będzie dość podobnie. Z jednej strony będą demokratyczni islamiści, przypominający niemieckich chrześcijańskich demokratów. A z drugiej – radykalny, ultraprawicowy islamizm marzący o odbudowie wielkiej islamskiej tradycji i o państwie wyznaniowym. Na Zachodzie też mamy takich fundamentalistycznych ultratradycjonalistów. Ale oni się nigdzie nie liczą w wyborach i w krajach arabskich też nie będą się liczyli.

Q: W Iranie rewolucja wyniosła ich do władzy.

Ale to było ponad 30 lat temu. A poza tym Iran jest szyicki. Trudno go porównywać z sunnickim islamem Arabów. Szyici mają silną strukturę hierarchiczną. Jak partie komunistyczne czy Kościół katolicki. W Iranie władzę przechwycili nie tyle radykałowie islamscy co funkcjonariusze potężnej administracji, reprezentującej władzę ajatollaha. W sunnickim islamie Arabów niczego takiego nie ma. Meczet sunnicki przypomina raczej Kościoły protestanckie niż Kościół katolicki czy islam szyicki. To sprawia, że społeczeństwo arabskie jest bardziej indywidualistyczne i lepiej przystosowane do pluralizmu, odmienności, różnorodności nowoczesnych demokracji rynkowych. To łączy kraje arabskie. Ale w krótkim okresie ważniejsze mogą być różnice.

Q: Czyli?

Myślę, że część z tych krajów popadnie w wieloletni chaos. Libia na przykład wydaje się nie do zreperowania. Bez względu na to, kto przejmie władzę po Kadafim, Libijczycy już przestali czuć się Libijczykami. Mentalnie wracają do tożsamości plemiennych. To oznacza długotrwały konflikt, zniszczenia, masową emigrację, która będzie problemem dla Unii Europejskiej. Z drugiej strony jest Egipt i Tunezja – z silnym społeczeństwem obywatelskim, tradycją demokratyczną, dużą grupą dobrze wykształconej, laickiej inteligencji. Może nie powstanie tam wzorowa demokracja i idealna gospodarka rynkowa, ale jakaś forma rynkowej demokracji jest prawdopodobna. Zwłaszcza że – inaczej niż w Libii czy Algierii – w Egipcie i Tunezji nie było wielu ofiar i nie będzie tak wielu rachunków do wyrównania. Podobnie w Jordanii. Taką szansę ma też Arabia Saudyjska.

Q: Gdzie panuje spokój.

To jest zaskakujące. Bo zwykle się mówiło, że wybuch jest tam najbliższy i że monarchia jest poważnie zagrożona.

Q: Więc dlaczego nic się tam nie stało?

Myślę, że nie doceniliśmy istotnej różnicy między dwoma typami dyktatur w krajach arabskich. Jedne dysponują dużymi zasobami i je dystrybuują. Tak jest w Arabii Saudyjskiej, w Kuwejcie, w Emiratach. Panują tam reżimy dość autorytarne, ale niezbyt brutalne, dawkujące represje. W tych krajach można dość swobodnie rozmawiać, klasa średnia jest spora, życie jest raczej wygodne i każdemu coś skapnie z monarszego bogactwa. Te kraje stopniowo się demokratyzują. Przybywa wolności i praw, cenzury praktycznie nie ma. Jest prawdopodobne, że w tych krajach demokratyzacja będzie nadążała za oczekiwaniami, więc nic gwałtownego się tam nie wydarzy.

Q: Kiedy pana słucham, zastanawiam się, dlaczego tak nas te wydarzenia stresują.

Bo mało się tym światem interesowaliśmy i mało o nim wiemy. Na ogół widzimy społeczeństwa arabskie, a nawet całą światową społeczność muzułmańską, jako względny monolit, którego twarzą stał się Osama ibn Laden. To jest kompletnie fałszywa wizja. Różnice są zasadnicze. Pod wieloma względami większe niż w dzisiejszej Europie. Przynajmniej wewnątrz Unii. Największy znak zapytania wisi nad Marokiem i Algierią.

Q: Dlaczego?

Algieria ma najbrutalniejszy reżim w Afryce Północnej. Na razie jest tam spokój wynikający z dość powszechnej obawy, że na nowo rozpali się gasnąca ostatnio wojna domowa trwająca ponad dwie dekady. To trochę przypomina sytuację w Chinach, gdzie wspomnienie okrucieństw wojny i rewolucji zniechęca zdecydowaną większość do udziału w protestach. Dlatego nie sądzę, żeby teraz coś się zasadniczo zmieniło w Algierii. Natomiast Maroko jest wielką niewiadomą. Władza jest bardziej represyjna niż na przykład w Egipcie, a dużo mniej niż w Algierii. Ale demokracja kompletnie tam nie istnieje i nigdy nie istniała, społeczeństwo obywatelskie się nie wytworzyło i wyrosła przepaść między władzą a zwykłymi ludźmi. A w dodatku władza nie ma czego dzielić, żeby zniechęcić ludzi do protestowania. To sprawia, że prawdopodobieństwo rewolucyjnego przewrotu jest duże. A ponieważ nie istnieją żadne istotne emanacje oczekiwań społecznych, bardzo trudno przewidzieć, w jakim kierunku poszłaby nowa władza.

Podobnie jest w Syrii, która ma najbardziej represyjny system na całym Bliskim Wschodzie. Nic się tam nie dzieje, bo wojsko kontroluje wszystko. Ale to też jest niebezpieczne. Bo władza, która kontroluje wszystko, z nikim nie dyskutuje, nikogo nie uznaje, często bywa zaskakiwana przez gwałtowny wybuch i wali się jak domek z kart, kiedy próbuje dokonać najdrobniejszej zmiany.

Q: Z tego by wynikało, że w świecie arabskim wielkie przemeblowanie dopiero się zaczyna.

Może się jeszcze na dobre nie zaczęło.

Q: Co to znaczy dla nas, czyli dla Zachodu?

Staram się myśleć jak człowiek. Nie jak Europejczyk, Francuz czy przedstawiciel Zachodu. W większości z tych krajów mam znajomych, kolegów, przyjaciół. To są ludzie jak my. Nie ma powodu uważać, że Arabom wystarczy łagodny despotyzm, bo on jest wygodniejszy dla nas, dla naszych interesów albo dla naszych rządów. Jeżeli im będzie lepiej w ich krajach, to z wielu powodów nam też będzie lepiej. Na przykład nie będą szukali ratunku w Europie. Prezydent Chirac zawsze mi tłumaczył, że Arabowie wolą rządy despotów. Europa jest pełna takich głupich stereotypów, przesądów, absurdalnych uprzedzeń. Trzeba z nimi zerwać.

Q: Nie pytam, czy powinniśmy przeszkadzać Arabom w budowaniu dobrej demokracji. Pytam tylko, czy porządek, który się wyłoni, ułatwi nam życie, czy raczej je utrudni?

Myślę, że pod względem czysto materialnym w średnim okresie ta zmiana nie będzie miała dla nas wielkiego znaczenia. Ekonomicznie kraje arabskie nie są specjalnie istotne. Nawet wraz z eksportem ropy oraz gazu, gospodarki wszystkich krajów arabskich wytwarzają łącznie mniej niż jeden procent PKB współczesnego świata. Gdyby wymazał pan z mapy Egipt, Maroko, Jordanię, świat by tego nie odczuł. Gospodarczo są to kraje czysto peryferyjne. Jedyny istotny kontakt, jaki z nimi mamy, to ropa i imigracja. Na rynek ropy te zmiany specjalnie nie wpłyną. Każda władza w Libii, Algierii, Arabii Saudyjskiej będzie musiała sprzedawać Zachodowi ropę, gaz i inne surowce. Jedynym problemem może być nowa fala imigrantów. Zwłaszcza z Tunezji i Libii. (…)

Q: Czy Arabowie się zwesternizują, czy pójdą jakąś własną drogą?

Oni już są mocno zwesternizowani. Tłumy na ulicach Kairu, Tunisu, Trypolisu były widocznie dla wszystkich zwesternizowane. Pod względem wyglądu, zachowań, mentalności, sposobu mówienia. Westernizacja świata arabskiego zaczęła się w XIX w. Dekolonizacja ten proces przerwała i w wielu krajach próbowano go zastąpić odgórną arabizacją – arabskim nacjonalizmem, arabskim socjalizmem, panarabizmem, który starał się realizować Naser, usiłując stworzyć jedną Zjednoczoną Republikę Arabską. To się dawno skończyło. Dziś nawet w Arabii Saudyjskiej widać, że westernizacja zaszła bardzo daleko. Chociaż teraz lepiej jest mówić o globalizacji.

Q: Żeby nie wywoływać kolonialnych skojarzeń?

Żeby być bliżej realiów. Internet, telewizja, handel, masowe podróże sprawiają, że wschód się westernizuje, a zachód się isternizuje. Wszyscy na siebie wpływamy. Arabowie chcą się włączyć do napędzanej przez Zachód i Daleki Wschód fali globalizacji. Poczucie, że historia odjeżdża, a oni zostają z boku, było istotnym paliwem tych przemian. Mało co tak oburzyło demonstrantów, jak próby wyłączania Internetu. W Kairze krzyczano: „Chcemy Internetu. Teraz!”. Nie chcą zostać z boku.

Q: Islam im nie przeszkodzi?

Nie bardziej niż Włochom czy Polakom przeszkadza katolicyzm. Każdy, kto w XIX w. wziąłby do ręki ekonomiczną mapę Europy, mógłby na niej łatwo znaleźć potwierdzenie tezy Maxa Webera, że katolicyzm nie sprzyja gospodarce rynkowej. Kraje protestanckie szybko się rozwijały, a kraje katolickie były zacofane. A dziś sobie radzą. Zmieniła się sytuacja, zmienił się katolicyzm, zmieniły się społeczeństwa. Islam też się zmienia. W różnych krajach zmienia się w różnych kierunkach. Malezyjczykom czy Turkom nie przeszkadza bardzo szybko się rozwijać. To pokazuje, że kluczem nie jest religia ani tożsamość etniczna, ale historia konkretnego kraju. Zwłaszcza historia kolonialna i dekolonizacja, która okazała się inną formą faktycznej kolonizacji. Bo kolonialną opresję Zachodu w latach 50. zastąpiła opresja sowieckiej ideologii.

Q: Mark Leonard twierdzi, że Afryka Północna przeżywa drugą fazę dekolonizacji, obalając reżimy, które były wygodne dla Zachodu i popierane przez byłe państwa kolonialne.

Z punktu widzenia ludzi, którzy próbują te reżimy obalić, to nie jest dekolonizacja, tylko demokratyzacja. To nie są rewolucje antyeuropejskie czy antyzachodnie, ale antyautorytarne. Bez względu na to, jak sami oceniamy naszą rolę w podtrzymywaniu arabskich reżimów, trudno w tej rewolucji znaleźć antyzachodnie hasła. Raczej może się okazać, że będzie to pierwsza ważna rewolucja w krajach kolonialnych, która nie chce odciąć tych państw od Zachodu, ale przeciwnie, chce się do niego zbliżyć. I tym razem to się może udać. Nie od razu i może nie wszystkim tym razem. Ale przynajmniej duża część świata arabskiego ma wreszcie szansę zrobić spory krok do przodu. Nawet jeżeli – także nas – czeka jeszcze trochę zamieszania, na dłuższą metę dla wszystkich jest to dobra wiadomość.”

Guy Sorman, francuski dziennikarz, publicysta polityczny i filozof, w rozmowie z Jackiem Żakowskim, To są ludzie jak my, Polityka, 10 marca 2011

Jul
7th
Thu
permalink
Verba volant scripta manent… — Słowa ulatują, pismo pozostaje
permalink
„Pisać – znaczy to czynić się zrozumiałym.”
Karol Irzykowski, polski krytyk literacki i filmowy, poeta, prozaik, dramaturg, teoretyk filmu, tłumacz, szachista (1873-1944)